czwartek, 26 kwietnia 2018

Nie chcemy dziś od was uznania...

...ni waszych mów, ni waszych łez (z Marszu Pierwszej Brygady).
Witam,
Przeglądając kalendarz przedwyborczy znać nieuchronnie, że czas względnej równowagi (nie okłamujmy się, że w terenie na ogół cohabitation) zmierza ku nowym zmaganiom. Przez najbliższe dwa lata nie będzie miesiąca nienaznaczonego ogłoszoną lub faktyczną kampanią wyborczą.
Przez trzy lata dokonano niepojęcie, jak na tutejsze, współczesne warunki, wiele; porównuję to nieraz do 18. lat niepodległości międzywojennej ('dwudziestolecie' to piękne, ale wyolbrzymienie), gdy dokonano skoku nieporównywalnego z ciągłościami wydarzeń znanymi z nie tylko polskich dziejów. Nie będę robił wyliczanek, kto ma zmysły i umysł-niech korzysta.
Zwrócę jednak uwagę na ponadczasowe, moim zdaniem, dzieło trzylecia. Dokonało się ono samoczynnie, wynikło z samego radykalizmu, który wziął na siebie personalnie Prezes Kaczyński i Ci, którzy na stos, rzucili z Nim swój życia los...
Dziełem tym jest autolustracja rzeczywistości. Nie dokonała się ta przez badanie, przez odkrywanie przeszłości, wywołała się sama, dzięki wstrząsowi układem, który przez wszystkie lata 'radioterapii' PRL-u, rozpoczętej w Magdalence, utrwalił się, powiązał, nowotworząc tkankę elit i elitek, w sposób mający być, trudno dostrzegalnym, związkiem wynikowym tzw. postkomuny i tzw. demokracji. Sam establishment tej tkanki, który z gorzały prostej w Magdalence przeszedł w armagnac u Sowy, z dacz podwarszawskich przeleciał do apartamentów podbrukselskich, doprowadził do odruchu wymiotnego nawet najbardziej konformistycznie nastawioną część społeczeństwa i wybory 2015 r. wreszcie WYGRAŁ, a nie 'skoalicjonował' Obóz Niepodległościowy. Wygrał i nie siebie ustawił, ale zaczął i w tym nie ustaje, podnosić i ustawiać Polskę. Wstrząs ten obudził wszystkich i każdy momentalnie pokazał, niepytany, jakie są jego pierwsze skojarzenia po wyrwaniu z ćwierćwiecznej sjesty.
Bez żadnych zabiegów wreszcie wprost wiadomo komu tak naprawdę, a nie deklaratywnie, służą wszystkie ośrodki myśli, opinii, przetwarzania finansów. Co, ale konkretnie, dla kogo, indywidualnie, grupowo, środowiskowo, medialnie oznaczają wielkie, choć jak się nagle okazało niepojęcie puste,  w propagandowo większościowym wymiarze, słowa i frazy: życie, demokracja, chrześcijaństwo, bycie w Europie, wolność, intelektualizm, suwerenność, polskość, patriotyzm, pamięć, obronność, wielowymiarowość, kultura, bezpieczeństwo, sprawiedliwość, samodzielność, hierarchia, edukacja, tożsamość, rodzina, uczciwość, praworządność, elita i wiele, wiele innych.
Słownik publicznej polszczyzny, przestał być słownikiem wyrazów bliskoznacznych, a stał się słownikiem wyrazów jednoznacznych. I nagle okazało się, że ta jednoznaczność jest na ogół, ilustrując osiowo, dla jednych N, dla drugich minus N. Nagle, bez żadnego przymusu, wiadomym się stało, że od dawna nie ma żadnych komuchów, żadnych styropianów, żadnych moherowych beretów, ani wolnomyślicieli, żadnych milionerów, ani bezrobotnych. Są patriotyczni państwowcy i irrelewantni ludzie z boku. Każdy niby chce 'dobrze', tylko dla pierwszych to znaczy 'dobrze', a drugich 'chce'. 
Opadły momentalnie wieloletnie immunitety, że kiedy ktoś jest na X stanowisku, w Y środowisku, znał Z, to znaczy że jest synonimem ładu i przyzwoitości, lub nader przeciwnie, ważne stało się co on konkretnie głosi, a przede wszystkim robi.
Jak wspominał niegdyś Tadeusz Broniarek (nie aby mój idol), że w Ambasadzie w USA, za głębokiej komuny, okazano mu kurtuazyjne poważanie za to, że zna angielski i trzy inne języki (kiedyś mówiono po prostu cztery), ale zapytano głównie: co ma pan w nich do powiedzenia?
Dziś, po raptem trzech latach wiemy bez problemu, co kto w swym języku: technokratycznym, religijnym, artystycznym, akademickim, medialnym, mieszczańskim, szołmeńskim, politycznym, urzędowym, wsiowym, młodzieżowym, starczym i każdym innym ma do powiedzenia, przemycenia i zamilczenia.
Z tej wiedzy, przez przełomy czterech kampanii, czas korzystać.
Pamiętając, że:
Mówili, żeśmy stumanieni, nie wierząc nam, że chcieć to móc!
Laliśmy krew osamotnieni, a z nami był nasz drogi Wódz!
Pozdrawiam, Łódź Bałuty, 26. kwietnia 2018 r.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Do A. Zandberga (Partia Razem) i PT Czytelników


Dr Adrian Zandberg
Zarząd Krajowy Partii Razem
                                               w Warszawie

Panie Doktorze,

            Jako jeden z wielu adresatów pozwolę sobie odpowiedzieć Panu na odezwę List do fanatyków.[1] Przepraszam, że nieco późno, ale fanatycy spraw mają wiele.
            To, że się „nie zgodzimy”, to nie tylko pewne, ale przede wszystkim niemożliwe, gdyż teza prawdziwa jest z góry, a nie polemicznie, niezgodna z fałszywą. Fałsz nie jest jednakże na ogół dialektycznym zaprzeczeniem prawdy, a na ogół, jak w Pańskim wywodzie, wywodzeniem tezy z błędu, a tu jest takich sporo. Jeśli pośród ‘dokładania starań, by Polskę nieco do Danii upodobnić’[2] znajdzie Pan chwilę na wejrzenie w temat, to myślę, w tym będziemy się mogli zgodzić.
            Przepraszam za skróty, ale swój tekst wszakże Pan zna. Tam gdzie ‘wy’, tam rozumiem, że to oczywiste, bezideologiczni racjonaliści.
1. ‘Wy’ wierzycie, że zapłodniona komórka jajowa to osoba ludzka.
Odpowiadam. Żadnej szczególniejszej wiary, niż w to, że tlenek wodoru jest wodą i występuje w trzech stanach skupienia, tu nie trzeba. Sam pisze Pan: „zapłodniona”, a więc zmodyfikowana przez inną komórkę ‘zapłodniającą’. Skoro komórki te są ludzkie, obie genetycznie różne od ‘zapłodnionej komórki jajowej’, to ta jest nowym człowiekiem, jak lat temu ca 40 np. Pan czy ja.
2. My wiemy, że bez układu nerwowego...
Owszem, bez układu nerwowego nie da się ‘myśleć, ani czegokolwiek odczuwać’, przy czym funkcjonowanie tegoż układu niekoniecznie skutkuje funkcjonowaniem tych procesów, co więcej układ nerwowy jest pierwszym powstającym w rozwoju prenatalnym człowieka i nie powstaje tenże znikąd, a właśnie          z ożywionej materii zygoty, zatem strukturalny układ nerwowy nie jest znamieniem człowieczeństwa, a znamieniem tym jest zdolność takowego instalacji. Zdaniem Pańskiej partii 30 lat temu został Pan, bez pytania o zdanie, przywieziony do Polski, czy zatem uważa, że jako 9. latek nadal nie był osobą ludzką?[3] W sposób oczywisty kilkutygodniowy zarodek różni się od człowieka zdolnego do samodzielnego życia. Każdy człowiek różni się od pozostałych w sposób oczywisty i nie zależy to jedynie od wieku. Zdolność do samodzielnego życia nie jest znamieniem człowieczeństwa, lecz jak samo pojęcie ukazuje odniesieniem do życia jako takiego, które  w owych słowach Pan konstatuje. Skoro uzyskał Pan stopień naukowy, to i uprzednio świadectwo maturalne, zatem zakładam, że elementarną wiedzą o biologii m. in. człowieka winien dysponować.
3. ‘Wy’ głosicie, że płód trzeba donosić (...)Nawet gdy jest dotknięty (...) wadą. Ma się urodzić tylko po to, by umrzeć podczas porodu.
Nic takiego nie ‘głosicie’, tylko stwierdzamy fakt; podobnie jak nikt nie ‘głosi’ rotacji pór roku. Płód owszem trzeba donosić, gdyż jak stwierdziła nauka dość dawno, jest to człowiek w pewnym wieku. Podobnie dziecko ‘za wszelką cenę’ trzeba wychować, człowiek dorosły za wszelką cenę powinien mieć możność godnej samodzielności, starzec za wszelką cenę powinien być otoczony opieką i spokojem. Przede wszystkim człowiek za wszelką cenę powinien mieć poczucie (choćby, a przede wszystkim wtedy, nie był tego świadom) bezpieczeństwa przed odebraniem mu życia, przed tym czasem, który w swym genotypie ma potencjalnie zakodowany w chwili poczęcia. Skoro moje (Pańskie zapewne też) prywatne utrzymanie przy życiu i tegoż zabezpieczeniu wymaga poświęcenia ‘wszelkiej ceny’, to także człowieka mi danego pod opiekę, tu zaś szczególną, bo połowicznie umocowaną w całkowicie mojej naturze. Powiedziałby ktoś, że ‘lewicowe’ myślenie, nie, po prostu prawno-naukowe.
            Płód, jak każdy człowiek bywa chory, także nieuleczalnie, także śmiertelnie. Jest m. in. Pana nadużyciem demagogicznym rozróżnienie, że ludzie bywają chorzy, a płody dotknięte wadami; proszę sobie wyobrazić konstrukt: ‘+S. Hawkinga nie trzeba było zabezpieczać za wszelką (i to niemałą) cenę, bo dotknięty był stwardnieniem rozsianym bocznym’ i mniemam błąd relatywizmu stanie się dla Pana czytelny.

      Każdy człowiek, od strony fizjologicznej, rodzi się tylko po to żeby umrzeć. Sztuka współczesna konstatację tę przeniosła nawet na tytuł filmowy: Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową.[4] Chwila, w której człowiek umrze i warunki w jakich się to stanie są, jak wszystko co jest w fizjologii uwarunkowane-przyszłe i niepewne. Może być to chwila porodu, może być katastrofa lotnicza, może być jubileusz 105. urodzin, zachorowanie nagłe i nieodwracalne, czy przewlekłe i cierpiane przez lata...

4. My widzimy w tym bezsensowne cierpienie (...) Średniowieczne barbarzyństwo.

Cierpienie nie bywa ‘bezsensowne’, gdyż nic co następuje takie nie bywa, a że wielu zdarzeń sensu, ani m. in. Panu, ani mnie niepodobna znać, to nie znaczy, że takiego nie ma. Nie znam np. sensu istnienia planety Neptun, co nie oznacza, że takiego nie ma.

            Skazywanie, np. kobiet, na tortury wynikać musiałoby z perwersyjnej woli człowieka. Poród zaś jako taki jest mechanizmem naturalnym, wiąże się z nim, bardzo dotkliwe nieraz, cierpienie. Postęp nauki wciąż dolegliwość jego, jak wszystkich cierpień naturalnych, pomniejsza, ale całkowicie wyeliminować w stanie nie jest. Poród dziecka z bezmózgowiem nie powoduje cierpienia istotniejszego niż większość innych porodów, natomiast uśmiercenie przedurodzeniowe takiego (jak każdego innego) dziecka powoduje cierpienie znacznie dolegliwsze, nie wspominając o nieuchronnym okaleczeniu matki (piszę tylko o aspekcie somatycznym). W aspekcie zmuszania:        w razie faktycznego ryzyka przyurodzeniowego zgonu matki wraz z dzieckiem, powinna funkcjonować i w aspekcie prawa tak obowiązującego, jak wszystkich racjonalnych projektów, funkcjonuje, konstrukcja kontratypu stanu wyższej konieczności, podobnie jak w ocenie indywidualnej wielu zabójstw, z którymi praktyka ma do czynienia.

Epoka nie jest kwalifikantem barbarzyństwa. W starożytnym barbarzyństwie np. matki rodziły, a następnie dzieci zrzucano ze skały. W XX wiecznym dzieci np. żydowskie przemysłowo uśmiercano w obozach koncentracyjnych. W XXI wiecznym, np.  w Norwegii uśmierca się dzieci do ‘poszczególnej sztuki’ w aborcji selektywnej. Używanie przymiotnika ‘średniowieczny’, jako inwektywy jest o tyle irracjonalne, że właśnie średniowiecze jest wynikowo epoką najbardziej postępową w dziejach cywilizacji, porównując stan startu z dorobkiem spuścizny dla epok umownie następnych.

5. Dla ‘was’ antykoncepcja hormonalna (...) grzech, niemalże zabójstwo (...)in vitro(...)starać o dziecko.

Antykoncepcja prekoitalna (także hormonalna, także mechaniczna) jest środkiem, którego stosowanie leży w ocenie moralnej, także grzechu przeciw szóstemu, a nie piątemu przykazaniu i zapewne nie dotyczy to tej odpowiedzi, nie ma tu bowiem „niemalże zabójstwa” (tak jak nie ma takiego pojęcia w ogóle. ‘Antykoncepcja’ hormonalna, lub inna chemiczna, postkoitalna, zwana przez część ‘waszego’ środowiska, makabrycznie ‘awaryjną’, nie jest żadną ‘antykoncepcją’, a środkiem wczesnoporonnym usiłującym zabić lub zabijającym dziecko        w fazie zarodkowej i nie ma tu także „niemalże zabójstwa”,            a zwykłe zabójstwo, lub takiego usiłowanie, a więc grzech przeciwko piątemu przykazaniu, który podlega ocenie także          z punktu prawa świeckiego. Nikt racjonalnie nie ‘przeklina’ reprodukcji in vitro, gdyż takowe byłoby wyrazem bezsilnego zabobonu. Reprodukcja in vitro jest natomiast formą aborcji selektywnej in statu nascendi, tym bardziej drastyczną, że immanentnie ukierunkowaną na poczynanie ludzi z góry skazanych na śmierć, podobnie jak np. w Chinach w celu tzw. pozyskiwania tkanki zarodkowej.

6. Dla nas to zwykłe osiągnięcia nauki...

Każdy wytwór myśli ludzkiej jest ‘zwykłym osiągnięciem nauki’, w założeniu mającym pozwolić ludziom żyć lepiej, zawsze niektórym ludziom, choćby było ich wielu. Takim była infrastruktura masowej eksterminacji ludności, statki niewolnicze, łagry, broń i środki masowej zagłady, gilotyna itd. Osiągalność naukowa nie warunkuje poprawności etycznej.

7. ‘Wy’ chcecie, żeby ludzie podporządkowali swoje życie nakazom biskupów.

Choćbyśmy chcieli, nie ma to, nie miało i mieć nie będzie racji bytu. Biskupi nie wydają ‘nakazów’ dotyczących wszystkich ludzi, gdyż nie dysponują taką mocą sprawczą. Jeżeli stosują zalecenia, nawet formułowane także wobec społeczności pluralistycznej wyznaniowo i bezwyznaniowo to jako stanowisko w sprawie umocowane w woli Boga Stwórcy, liczenie się z którą zależy od liczenia się z realiami funkcjonowania świata, które determinują prawo naturalne. Ochrona życia ludzkiego wynika z samego faktu niezależności zjawiska życia na Ziemi od woli jakiegokolwiek człowieka, który wszakże sam uprzednio żyje, a nie  z woluntaryzmu np. biskupów.

8. My uważamy, że każdy ma wolną wolę...

My także tak uważamy, także uważamy, że po to, by samodzielnie dokonywać wyborów. Wolna wola nie pochodzi jednak od ustanowienia człowieka, gdyż jak sam Pan zauważa, człowiek ową ‘ma’, a nie tąż ‘nabywa’. Samodzielne dokonywanie wyborów jest emanatem człowieczeństwa, przy czym pociąga za sobą odpowiedzialność, także gdy wybór ten dotyczy, jak na ogól, innych ludzi, przez społeczność egzekwowalną.

            Dalsze Pana wywody pozostają już w kręgu frustracji politycznej, więc nie tu miejsce na tychże kwestionowanie, zaznaczam tylko, że:

1. Skoro pisze Pan o rodzeniu „nieuleczalnie chorych niemowlaków”, to szczęśliwie szybko odszedł był od frazeologii ‘płodów’.

2. Nie ‘policjanci i prokuratorzy’ kształtują ludziom sumienia, a przyrodzona zdolność rozróżniania dobra od zła, której pojmowanie jest miarą zdrowia psychicznego oraz dorobek nauki, którego ogląd jest miarą poziomu zdolności intelektualnej.

3. Poglądy na aborcję nie wynikają z samej wiary, lecz przede wszystkim z obiektywnej konstatacji człowieczeństwa jako odrębności gatunkowej w świecie istot żywych. Tak samo rodzenie dzieci nie jest wytworem fideistycznym, a naturalnym skutkiem poczęcia i bycia          w ciąży, co następuje w życiu rodzin religijnych, obojętnych religijnie, a także ateistycznych, czy irracjonalnie antydeistycznych.

4. Poczęcie, ciąża, życie nowego człowieka nie dotyczy tylko Polek, gdyż każdy ten etap życia dotyczy przynajmniej trojga ludzi: matki, ojca i przynajmniej jednego potomka, o czym Pan zdaje się wiedzieć praktycznie.

5. ‘Sprawy’ te są całkowicie oczywiste i nie ma tu miejsca na kompromis- sensowny, czy bezsensowny, czyli stanowisko uzgodnione, podobnie jak w przypadku np. wzoru na pole koła, czy zjawiska grawitacji. Ostatnią kwestią jaka miałaby tu znaczenie jest wiek, ubranie  i autorytet biskupów dla Polek, Polaków, mężczyzn czy kobiet.

            A pogróżki o wojnie i ‘sprawiedliwej cenie’ niech Pan sobie zarezerwuje na bliższą kampanię wyborczą, gdyż śmiem sądzić, że cenę Pańskich plakatów uzna Pan za przynajmniej nieuzasadnienie wysoką.

                                                                       (-) Szymon Różycki



[1] Super Express nr 70 (24-25.03), za: Angora nr 13 (1.04.2018, s. 11.
[2] vide: partiarazem.pl/zarzad/.
[3] ibidem.
[4] Polska 2000, reż. K. Zanussi.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Śmierć zwarła się z życiem...

... i w boju, o dziwy, choć poległ Wódz życia, króluje dziś żywy (z sekwencji Wielkanocnej).
Witam,
Te słowa średniowiecznego utworu liturgicznego, który podsumowuje wykład wczorajszego orędzia Exsultet, podsumowują też istotę obchodu Wielkiego Triduum Paschalnego.
Na dobrą sprawę nie byłoby szczególnego celu, aby co roku 'obchodzić' zdarzenia, które wg wiedzy-stosunkowo dawno nastąpiły, a wg wiary-raz na zawsze uporządkowały całościowe funkcjonowanie osi Stwórca- dzieło-człowiek. Wystarczyłoby zapewne, z grzeczności, wspomnieć je, jako ważne, lecz dokonane. Podobnie jak z urodzinami, miło pogratulować, tylko poza względami administracyjnymi, niewiele z tego wynika. Tym nie mniej jednak właśnie Wielkie Triduum, także w swej formie ciągłej, jest właśnie Obchodem. Nie ujmując nic np. Bożemu Narodzeniu czy Zesłaniu Ducha Św., są one Uroczystościami, z Oktawami, ale nie zawierają bardzo znamiennej dla Wielkanocy dominanty 'przejścia' (nb. wprost Pascha). Od Niedzieli Palmowej do Niedzieli Białej, następuje przejście: czasu (kalendarz liturgiczny jest tu implikowany kalendarzem synagogi), jawności Chrystusa (Króla-skazańca-Zmartwychwstałego), po ikonografię drogi: wjazd do Jerozolimy- Droga Krzyżowa-droga do Emmaus. Podstawowe Przejście następuje jednak w chwili, nikomu nie znanej-zwarcia się śmierci z Życiem. Uroczystością jest oczywiście Niedziela Zmarwtychwstania, ale trzy Dni Triduum stricte, są dniami 'poza kalendarzem'-nie mają rang, czy klas, tylko są etapami czasu samymi w sobie- co w Obchodzie właśnie, nie wspomnieniu, widoczne jest w Porządku Mszalnym: od wejścia Mszy Wieczerzy Pańskiej do Błogosławieństwa Paschalnego Mszy Rezurekcyjnej (w Polsce, w obrządku zachodnim, na ogół de facto podzielonej na dwie celebracje).
Ponadczasowość Obchodu Paschalnego znamionuje też, w postrzegalnych warunkach, tegoż ruchomość kalendarzowa. Zależność pory świętowania od zdarzenia kosmicznego (pierwsza niedziela, po pierwszej wiosennej pełni Księżyca) wyrywa Wielkanoc z ram kalendarza, przez co nie jest stricte 'rocznicą', a właśnie Obchodem par excellence. 
Gdyby ten obraz miał charakter tylko liturgiczny, miałby znaczenie liturgiczne, tym większe, im przeżycie liturgiczne jest dla osoby istotniejsze. Charakter ten jednak jest znacznie bardziej uniwersalny. Przejście z życia postrzegalnego przez śmierć do wielkiej niewiadomej dotyczy każdego, i przez te dwa tysiące lat nic się nie zmieniło. Chrystus wjechał do Jerozolimy jako, niemal powszechnie, oczekiwany Mesjasz, tu przeprowadził kumulację Swej aktywności misyjnej, wszedł w rozstrzygający konflikt z reżimem, sporządził testament, został w trybie nader doraźnym 'osądzony', skazany, poddany egzekucji, całkowicie prywatnie i tylko za przyzwoleniem administracyjnym (jak to skazańcy-w Polsce przynajmniej do 1988 r.) pochowany i co dalej? Na dobrą sprawę, w przeróżnych konfiguracjach jest to skrót cywilnego życiorysu  każdego człowieka: chwile chwały, czas wielkiej aktywności, nieuchronny konflikt i eliminacja. Kamień na grobie, o ile znajdzie się ktoś kto taki zafunduje, konfuzja bliskich, bo testament był szumny, ale pusty i życie ma się dziać na nowo: obawa przed wrogami zmarłego ('drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami'), szukanie nowych pomysłów (wycieczka do Emmaus, nie wiem za bardzo, po co?). Owszem zachowania dewocyjne jak najbardziej były, panie pobożne udały się do grobu  z olejami konserwującymi, powiedzmy zniczami i kwiatami. Dla Rzymian i rządu kolaboracyjnego 'rozruch miejscowy' się zakończył, na tyle dobrze, że tylko 'jeden człowiek oddał życie za lud'; dla rozjeżdżających się po święcie z Jerozolimy Żydów jeden z przestępców 'poszedł na łono Abrahama' (jakby tego nie rozumieć), a może i dobrze, bo przy okazji uratowano popularnego, jak się zdaje, Barabasza. 
Tak było i jest do dziś. Śmierć jest wydarzeniem, gdy ma nadejść, a już szczególnie gdy ktoś, a zwłaszcza wielu ma w niej swój interes. Jest wstrząsem gdy właśnie następuje; za wcześnie, za późno; czy się męczył; mógł jeszcze pożyć (jakby mógł to by pożył); sam sobie winien itd. Ale potem? Panie popłaczą, panowie podyskutują, kilkoro odetchnie z ulgą, a multum przejdzie do porządku dziennego. 
Stało się jednak inaczej, raz jeden w dziejach. Chrystus zmartwychpowstał jak powiedział. Wydarzyło się coś w co nie wierzyli nawet Apostołowie, ewentualnie traktowali jako wzniosły symbol przyszłego i nieokreślonego zwycięstwa, coś na miarę wspominanego po szabatach wniebowzięcia Eliasza. Zauważyć trzeba dla wspólnoty Starego Zakonu, jak i innych względnie spójnych teologii starożytności, ludzie nie kończyli wyłącznie rozkładem biologicznym. Wizja świata umarłych istniała, w Starym Testamencie jest bardzo wiele opisów spotkań i kontaktów ze zmarłymi, odnosi się do nich także nauczanie Jezusa. Nie była to jednak wizja w żaden sposób ucelowiona, zmarli gdzieś sobie są i to w zasadzie tyle. Ta niepewność Jutra (z wielkiej litery) była obok oczekiwania pewności politycznej napędem tęsknoty mesjańskiej. Nie do wyobrażenia jednak było, że Mesjaszem będzie izolowany politycznie człowiek z rzemieślniczej rodziny na prowincji, piećdziesięciu lat jeszcze nie mający, a wrogów nie tylko mający, ale poszukujący ich w porę i nie w porę. Tym bardziej, że na Mesjasza oczekiwali oficjalnie zwierzchnicy synagogi, a ten nie umiał nawet 'zwykłego' cudu pokazać Herodowi, zamiast o potędze opowiadał o zburzeniu świątyni Salomona i umarł na sposób plebejskich bandytów, sprzedany przez swojego 'jałmużnika'.
A jednak już dla samych uczonych Pisma nie była to śmierć nie budząca niepokoju. Na krótko przed ciszą paschalną, nieprzewidziane zdarzenia pogodowe, niewytłumaczalny znak w Przybytku. Wierzyć się nie chciało, ale niepokój się pojawił. Opowiadał ich zdaniem paranoiczne historie, ale jednak naruszyli swój spoczynek szabatu i zawracali głowę poganinowi Piłatowi, by niezwłocznie wystawić przy grobie straże i opieczętować, bo opowiadał coś o zmartwychwstaniu. To bardzo ważne, opowiadał o setkach innych, namacalniejszych, uwarunkowanych tu i teraz, przekonywalnych dla sfrustrowanego ludu, rzeczy, ale tu powieszenie na Krzyżu uważali za rozwiązanie tematu. Obawa przed Zmartwychwstaniem była jednak najsilniejsza. Opowieści o kradzieży przez uczniów były najpewniej naciągnięte dla Piłata, gdyż sami wiedzieli, że grób był profesjonalnie wykonany (dla żydowskiego arystokraty), a pogrzeb był zatwierdzony administracyjnie przez samego Piłata, nie zwodzonego przez Uczniów, a za potwierdzeniem centuriona.
Jezus umarł z pewnością. W przebiciu Serca oraz wypłynięciu Krwi i wody dogmatyka upatruje znaku Miłosierdzia, konsekracji sakramentów Kościoła, pobożność ludowa upatruje brutalne dobicie. W kryminalistyce jednak, którą armia rzymska miała względnie opanowaną, należy jednak widzieć tu administracyjne potwierdzenie zgonu- rozpad krwi i osocza. Dobito pozostałych powieszonych, łamiąc golenie by nie podciągając się, udusili się szybciej, a jako, że o Ciało Jezusa zabiegano, zgon potwierdzono i zwłoki wydano. Ciało pochowano, co pieczęcie rzymskie potwierdziły. Grób jednak rano był pusty. W tym momencie postrzegalnie rozeszły się drogi człowieka Jezusa z Nazaretu i Boga- Człowieka Chrystusa. Śmierć nie okazała się końcem, Koniec dopiero się rozpoczął. Gdyby była to śmierć owiana tajemnicą, śmierć w oddaleniu, zaginięcie to i wątpliwości mogłyby być. Była to jednak śmierć tak spektakularna, tak katorżnicza, że nawet sceptycy, z którymi rozmawiałem po obejrzeniu filmu Pasja, co ciekawe nie kwestionowali śmierci, kwestionowali możność dożycia samej chwili ukrzyżowania, nie mówiąc o przeżyciu przybijania i wznoszenia na samej belce.
Dowodów na spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym w nauce różnych religii chrześcijańskich, badaniach nauk innych, a nawet samych próbach zaprzeczenia jest miliony.
Wskażę jednak na  dowód bardzo prosty. Świat starożytny pełen był religijności, każda religia coś obiecywała, bo inaczej nie miała by racji bytu. Ludzie, z mikroskopijnymi wyjątkami, byli bardzo prości, ale dlatego nienaiwni. Przekonywało ich to co tu dobre i tu złe. Jeżeli mieli nawet na coś czekać, to tylko na to co im może przynieść jakiś konkret. Nauczanie Jezusa, wbrew pozorom dzisiejszej części komentatorów, nie było idyllą dostatku, pokoju i demokracji, było trudne, groźne, łamiące istniejące 'protezy' spokoju status quo. Sama zapowiedź Zmartwychwstania była nie tylko irrealna biologicznie, ale bezzasadna-skoro ma zmartwychwstawać, to po co w ogóle umierać? A przede wszystkim, w jakim celu? Skoro, zaraz po Zmartwychwstaniu, nie nastąpi (i nie nastąpiło) żadne el dorado? Jezus także nie powiedział nigdy wprost przekonywująco po co ma zmartwychwstać, po to żeby wcześniej umrzeć? po to żeby się wypełniły proroctwa? po to żebyście mieli życie? Sam, jeżeli wskrzeszał, to zdało by się z ludzkich uczuć (Łazarz, córka Jaira), a zmartwychwstanie, jako środek do... uważał za coś niestosownego (przypowieść o bogaczu).  Gdybym miał doświadczenie mojego Patrona Apostoła Szymona (tego przedostatniego, ale pierwszego pewnie też), a nie dwa tysiące lat doświadczenia Kościoła, współczesnych nauk, cywilizowanych studiów i polskich realiów dostępności eklezjalnej, pewnie byłbym podekscytowany tak niespotykaną akcją jak współdziałanie z Mistrzem, ale już wizję zmartwychwstania dla zmartwychwstania uważałbym za egzaltację, której nie wypada kwestionować. Pamiętać trzeba, że to czasy, w których nie ma w użyciu elektryczności, silników spalinowych, mediów elektronicznych, ludzie wierzą, owszem, ale w to co sami, wspólnie, z dziada, pradziada sobie w swym kręgu przekazują, a nie w to co zasłyszeli.
I tu nagle Zmartwychwstanie Jezusa, staje się błyskawicznie przedmiotem bezdowodowej wiary kolejnych setek, tysięcy, milionów ludzi, którzy nigdy się nie zetknęli z tradycją mesjańską, z kulturą Starego Zakonu, nie tylko z Jezusem. Wierzą w cud człowieka z 'nikąd', niczego nie dający. Nie wierzą dla, ale przeciw. Widzą, że następcy tego Człowieka są wymordowywani, a wierzą jeszcze bardziej. Nigdy przedtem, ani potem, 'ocucenie' charyzmatycznego mówcy po skatowaniu nie dało tysięcznej części promieniowania etycznego, intelektualnego, sprawiedliwościowego, organizacyjnego, jak opuszczenie grobu przez zwleczonego z Krzyża Jezusa z Nazaretu, na obrzeżach Jerozolimy, wiosną ok. 27 r. Nie jest to możliwe, ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. Przewidział to zresztą, bezemocjonalnie, z logiką nader prawniczą, już niedługo po upublicznieniu Kościoła, autorytet żydowski Gamaliel, ale co by nie powiedzieć uczony w Prawie.
Właśnie brak ewidentnego dowodu na sam przebieg Zmartwychwstania jest tegoż najwłaściwszym dowodem, gdyż gdyby widział Je ktokolwiek, to właśnie on mógł kłamać, on i kolejni mogli się i dalej wprowadzać w błąd. Powstałoby podanie o Zmartwychwstaniu, a nie wiara w Zmartwychwstanie. A z wiarą, jak z wiarą, jeśli nie ma w co i po co szybko wygasa.
Czcimy jednak, nosimy jako swój znak, pieczętujemy się Krzyżem, a nie znakiem pustego grobu. Oczywiście bo Krzyż jest conditio sine qua non Zmatwychwstania Chrystusa. Właśnie Śmierć bezdyskusyjna potwierdza pewność zMARTWYCHwstania, a nie ocknięcia, Śmierć haniebna potwierdza bezinteresowność Zmartwychwstania, Śmierć męczeńska potwierdza wielkość Zmartwychwstania, Śmierć zbędna potwierdza niezbędność Zmartwychwstania. Śmierć człowieka potwierdza Bóstwo Chrystusa. To, że Bóg musiał umrzeć by zmartwychwstać potwierdza, że człowiek nie umiera by wszystko się skończyło, ale by koniec był ciągłością. Religie jak wspominałem, wierzyły w różne formy 'żyć po śmierci', ale nie miały na nie szczególnego pomysłu, współczesny laicyzm pokrywa indolencję opowieściami, o tym, że 'coś tam będzie'-na Księżyc latają, a nie wiedzą gdzie polecą, kiedy ich apopleksja trafi, chciałoby się powiedzieć.
Noctem quietam, et finem perfectum concedat nobis Deus omnipotens... zwieńcza ostatni pacierz dnia. Właśnie (przeciwnie do nietrafnego moim zdaniem tłumaczenia polskiego): finem perfectum, nie mortem perfectum. Gdyż śmierć jest etapem, byłym przejściem, a koniec (oby doskonały) jest w czasie teraźniejszym. Dlatego pewność KOŃCA, a nie 'wielkiej niewiadomej', daje noc spokojną (nox quieta). Właśnie jak mówi dzisiejsza sekwencja: poległ w boju... [lecz] króluje Żywy.
Pozdrawiam, Łódź Bałuty, 1. kwietnia 2018 r. w  Niedzielę Zmartwychwstania

sobota, 31 marca 2018

Cóż to jest prawda? (za Piłatem z Pontu)

Witam,
Pośród Triduum, ale tu właśnie trzeba.
Dla mnie nie ma pojęcia 'osoba publiczna' jako osobna kategoria osób. Osoby są fizyczne i prawne, a publiczni są funkcjonariusze. Każdy człowiek jest w życiu świata na sposób mniej lub intensywniej 'publiczny'. Są natomiast osoby wykonujące funkcje z mandatu publicznego bądź twierdzące czy wręcz utwierdzane w przekonaniu, że tak jest ('celebryci' wg nowomowy). 
Obie te kategorie uważają się ab urbe condita za kompetentne do wypowiedzi w przedmiocie 'aborcji', a że niestety są to na ogół brednie, tym gorzej. Na komentowanie wszystkich szkoda czasu i klawiatury, ale do dwu, które dziś przeczytałem, nie sposób się nie odnieść, z racji wspominanego już fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu i osoby sprawcy powiązanego rodem i funkcją z Łodzią.
Otóż Hanna Zdanowska, aktualna Prezydent Miasta Łodzi w sposób nader wyrafinowany miała powiedzieć prawdę tak by wypromować kłamstwo i to popierające faktyczną zbrodnię. Komentując na facebook zajścia z tzw. 'czarnego piątku' przedłożyła, że "prawa kobiet, to prawa człowieka. Łodzianki i łodzianie, brawo!". Wszystko prawda, ale w jakim kontekście? Czy mordowanie dzieci w wieku prenatalnym, w jakichkolwiek okolicznościach jest 'prawem kobiet'? A co z uśmierconymi w ten sposób dziewczynkami? Czy zabijanie kogokolwiek bywa prawem człowieka? Bywa, wspominałem już o tym, że każdy zakaz prawny uchyla wystąpienie tzw. kontratypu, czyli nadzwyczajnej okoliczności, w której złamanie zakazu jest jedynym remedium wobec naruszenia jeszcze poważniej chronionego dobra. W ochronie karnej najczęściej może być tu mowa o obronie koniecznej (bardzo ściśle ograniczonej co do czasu i formy zastosowania) i stanie wyższej konieczności (ale stricte wyższej i stricte konieczności). Czy są zabójstwa kontratypowe? Są i ewentualność takich zajścia wcale nie jest rzadkością. Czy zabójstwo dziecka w czasie rozwoju ciążowego, może być jedynym remedium ratującym w sposób proporcjonalny inne dobro, proporcjonalny, a więc w sposób oczywisty dobro znaczniejsze od życia tego dziecka? Nie można tego wykluczyć, spektakularnie w wyborze: życie matki-życie dziecka (uwzgledniając brutalną prawdę, że gdy ciąża tak istotnie zagraża życiu matki, to podczas donaszania, a przynajmniej porodu, najpewniej umrą oboje). Czy można wykluczyć w innych wyborach? Wątpię, ale koncepcja kontratypu zawiera w sobie właśnie ostateczną odpowiedź na każdą, nawet przy biurku nieprawdopodobną, ewentualność. Wszystko więc zdałoby się jasne w materii tu konotowanych 'praw kobiet' i 'praw człowieka'. Tym niemniej mówiąc o samym kontratypie zauważmy, że jest to instytucja generalna oceny prawnokarnej. Normą zasadniczą jest specyficzna kwalifikacja kryminalna, np. "kto zabija człowieka, podlega karze...", nie zaś np.: "kto zabija człowieka, a nie zachodzi obrona konieczna, podlega karze...". Ma to ogromne przełożenie na kwestię ciężaru dowodu. Oskarżyciel, mówiąc krótko, musi zabójstwo udowodnić, natomiast okoliczność kontratypową, obrona może podnieść.
Trzeba wskazać jeszcze na kwestię tzw. 'zabójstw w typie uprzywilejowanym' (tak się to w skrócie nazywa). Są takie w ustawie. W przeciwieństwie do zabójstwa w warunkach kontratypu, istotą ich kwalifikacji nie jest 'konkurencja' dóbr chronionych, lecz przymioty strony podmiotowej (w skrócie psychologia sprawcy), tj. nieumyślność (nieczęsty przypadek przestępstwa nieumyślnego), ulegnięcie żądaniu i współczuciu, wpływ przebiegu porodu. I tu właśnie 'karkołomna' (często nader dosłownie) konstrukcja norm dotyczących zabójstwa dzieci w wieku prenatalnym. Jako, że są one (na dziś) odrębną typizacją części szczególnej kodeksu, nie są to zabójstwa kontratypowe, chyba, żeby skonstruować 'kontratyp ciąży', ale nawet w takim absurdzie musiałby mieć on konstrukcję modyfikacji podmiotu. Nie są typowe zabójstwa w typie uprzywilejowanym, gdyż nie odnoszą się, wprost przynajmniej do strony podmiotowej; uprzywilejowanie leży po stronie przedmiotowej.  W stronie przedmiotowej istnieje ofiara, tj. kobieta, różnie znamionowana oraz 'pozaosobowa' ciąża, a także osoba niejako 'trzecia' dziecko poczęte. Poetyka tych norm jest w ogóle surrealistyczna. Ciąża, która jak wiadomo jest stanem fizjologicznym dwojga osób (matki i dziecka, ze 'współuczestnictwem koniecznym'-pojęcie raczej cywilistyczne, ojca dziecka), przedstawiona jest jako pewna 'modyfikacja' statusu kobiety, gdyż jest to 'jej' ciąża (jak np. jej torebka). Łagodniejsza odpowiedzialność karna wiąże się przy tym z 'przerwaniem ciąży' za zgodą kobiety-'nosicielki'. Jako, że ustawa ominęła  'anachroniczne' pojęcie 'matka', łatwo ominęła też kwestię zgody ojca, bo przepis musiałby brzmieć np. "kto przerywa ciążę za/przeciw zgodzie rodziców". Łatwo zarzucić, że jakiego znów mężczyzny, wszakże mężczyzn jest wielu, a kobieta w ciąży, tu: jedna. Tak zatem co czyni tam pojęcie (w kwalifikowanych typach uprzywilejowanych-lub odwrotnie) "dziecko poczęte, które osiągnęło zdolność do samodzielnego życia poza organizmem kobiety ciężarnej"? Przy nieodmiennym funkcjonowaniu wymogu dookreśloności normy karnej, niepodobna dojść o co tu chodzi. Wszak miliardy 'dzieci poczętych', bo innych, poza Adamem i Ewą (jeśli istnieli, a raczej nie) nie bywało, dawno osiągnęło zdolność życia całkiem samodzielnego poza organizmami miliardów kobiet ciężarnych, na ogół nie mając ze sobą żadnej styczności. Chodzi w ratio legis wyłącznie o to by wyalienować kobietę ciężarną (gdzieżby matkę) i jej prawa, jej ciążę, jako stan irrelewantny, ojca jako utopię i 'dziecko poczęte', którego nie dotyczą prawa człowieka (wprost Sejmowi powiedziała to B. Nowacka, niezapomnianymi słowami: „embrion nie jest podmiotem praw”). Nie ma tu zabójstwa, bo nie ma i ofiary. Z jednym wyjątkiem, normy, która reguluje przerwanie ciąży ze skutkiem śmiertelnym, tak ale dla... kobiety. 
Nie ma dziś w Polsce przestępstwa przerwania ciąży, którego następstwem jest śmierć dziecka, nawet gdyby takowe mogło żyć samodzielnie poza organizmem..., gdyż de facto ciąża ciążą, a dziecko dzieckiem, kobieta ciężarna, a rodzice rodzicami. Żeby nie zanudzać cytatami wystarczy przeczytać dosłownie przynajmniej art. 25, 26, 148, 152-154 Kodeksu karnego (http://prawo.sejm.gov.pl). Ta konstrukcja nie jest przypadkiem, gdyż tak jak pisałem uprzednio, dopóki jest jakiekolwiek 'prawo aborcyjne', dopóty nie ma tu prawa w ogóle, tylko lawirowanie próbujące przypodobać się różnym pomysłodawcom. Tak jak też wspominałem, zawsze będzie pojedynkowanie się wielością pomysłów na prawa człowieka, kobiet, koncepcjami religijnymi, europejskimi, nowoczesnymi i średniowiecznymi, dopóki będzie 'prawo do życia', a nie prawna konstantacja nietykalności życia. Nikt nie gwarantuje nikomu prawa do grawitacji, upływu czasu, ani nieuchronności zgonu, bo w każdym 'światopoglądzie' i tak następują.
Na tym tle znów a rebours należy zauważyć, że można tak chcieć dać fałszywe świadectwo, aż do dania świadectwa prawdzie. Poseł Katarzyna Lubnauer (o czym mało kto wie, też z Łodzi), przewodnicząca partii .Nowoczesna, zechciała wygłosić nader 'naukową' promocję 'aborcji', czemu 'naukowo' zaprzeczyła. W słowach: "Nie ma czegoś takiego jak dziecko poczęte. Jest zarodek, płód. Życie ludzkie jest w momencie, kiedy się człowiek urodzi, a wcześniej nie ma takiego pojęcia". Święta prawda. 'Czegoś' takiego nie ma, jest Ktoś taki, dość liczny, gdyż jak wspomniałem, o dzieciach innych niż poczęte nauka nie wspomniała, nawet osławione in vitro jest poczęciem poza ustrojowym. Zarodek i płód, jako etapy wiekowe człowieka są jak najbardziej, tak jak niemowlę, adolescent, człowiek w wieku dojrzałym, starzec... Wyselekcjonowane językowo "dziecko poczęte" jest tworem literalnym ustawy i w naturze, jako byt specyficzny, faktycznie nie występuje. W momencie kiedy się człowiek urodzi życie ludzkie jest jak najbardziej (chyba, że dziecko jest martwo urodzone, która to tragedia się zdarza, ale skoro stało się martwe przed urodzeniem, to przedtem żyło intelligitur per se). Skoro życie jest, a nie tworzy się deus ex machina, w momencie narodzenia, to implikacyjnie (o Pani matematyk) musiało być i uprzednio i następczo. Wcześniej, jak najbardziej "nie ma takiego pojęcia". Oczywiście nie ma 'pojęcia', tylko status konstatywny. Podobnie jak nie ma 'pojęcia' ruchu wirowego Ziemi, tylko jest taki fakt-niezależny od czyjejkolwiek zdolności pojmowania.
Chrystus Pan, w dniu 14. miesiąca nisan (wspominanym dziś, w Wielki Piątek) powiedział wprost w Swym procesie: przyszedłem dać świadectwo prawdzie. Prokurator Piłat (osoba tak publiczna, że przez myśl mu nie przeszło, że do dziś będzie wspominany po kościołach i nie tylko całego świata), zapytał wtedy: cóż to jest prawda? Traktował ją bowiem jako 'pojęcie', a nie konstatację.
Któryś za nas cierpiał Rany...
Łódź Bałuty, w Wielki Piątek Męki Pańskiej 30. marca 2014 r.

piątek, 23 marca 2018

Dopóki...

Witam,
'Nie wiedzą co czynią...'. Dlatego pewnie tym razem powiedzieli przez pomyłkę prawdę. Piątek tygodnia pasyjnego (rozpoczynającego się Czarną Niedzielą) jest per se Czarnym Piątkiem. Po dwu tysiącach lat znów ma być festynem ulicznej żądzy zabicia za niewinność, zgodnie z prawem, przeciw Prawdzie.
Tydzień pasyjny przyniósł kolejne ekscesy 'tłumu, który krzyczał jeszcze głośniej...'. Tym razem jednak nie 'na krzyż!", a znów: 'na fotel!' Zaiste jednak, czy tłum?
Znów przypominam skrótowe, lecz bardzo treściwe, spostrzeżenie deklaracji Nostra Aetate, w parafrazie: "A choć władze, wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci, jednakże to, co popełniono podczas męki, nie może być przypisane wszystkim bez różnicy tu i teraz żyjącym".
Kto tworzy, szczególnie w optyce, wciąż tych samych mediów, 'ulicę' żądającą dopuszczalnego, komfortowego mordowania ludzi, którym nie przyznano jeszcze nr. PESEL? Czy doprawdy te tłumy kobiet odartych z godności, rzesze ledwie uszłych z życiem podczas wymuszonych porodów, procesje Ofiar zgwałceń, Matki dogorywające wraz z dziećmi, już w chwili narodzenia odliczające dni do Ich śmierci? Nie, te Osoby są drugimi, najboleśniej doświadczonymi Ofiarami najkrwawszej w dziejach promocji zbrodni przeciwko ludzkości, jaką jest uśmiercanie ludzi przed Ich narodzeniem. Trudem i ofiarą tych, którzy współcierpią ze swymi dziećmi, które ryzykowały i często poniosły wielką szkodę w zdrowiu dla Ich narodzenia, które samotnie lub w rodzinach, często dożywotnio w najgłębszej tajemnicy niosą postrzałową ranę zgwałcenia, tym trudem legitymują się inni. Grupa prawdziwie lucyferiańska, tych którzy chcą i otrzymują poklask za deklaracje:
- na to dziecko nie byłoby już miejsca w mieszkaniu pełnym książek i ZABAWEK (Przybysz);
- pojechałam na egzotyczny urlop bo jestem przede wszystkim MAMĄ (Nowacka, zaraz bo sejmowej deklaracji, że 'embrion nie jest podmiotem praw');
- nie porzucę sceny dla pieluch (Andrycz-Cyrankiewiczowa);
inne dziewuchy i ruchy, które krwią malują co 'czarny dzień tygodnia' manifest aborcja jest okay, jako deklarację 'europeizmu' (nie bycia w Europie) czy demokratyzmu (nie sprostania demokracji). Grupa 'technokratów' seksualnych, dla których życie seksualne człowieka jest tym samym co każda inna rozrywka, a nawet praca (tak, w europeistycznych Niderlandach, 15. lutego jest 'dzień płatnej miłości', jako święto 'pracowników branży erotycznej'). W tej technokracji czasem się zdarzają pary osobnicze nieco bardziej uwstecznione, chcące się zabawić, lub popracować heteroseksualnie i nie mogące się pogodzić, z tym, że jak po każdej impresie, albo przepracowaniu, mogą być skutki, więc powinna być choć tabletka, a czasem i 'płukanie', ale tu już nie żołądka.
W Polsce jednak nie epicentrum degeneracji, więc bezpieczniej zamiast o bezrefleksyjnym tarle, językiem z 'koncertów' Darskiego, opowiadać o niepojętych ludzkich tragediach. Powtórzę wam za Prezesem z całą mocą: Nie wycierajcie sobie mord zdradzieckich śmiercią!
Skąd więc liczne, co by nie powiedzieć grupy, sunące z parasolami przy pogodzie za tekturami o macicach i kaplicach, biskupie i dupie? A z nudów i idiotyzmu. Ich to nie dotyczy, ale ekscytuje. To ci sami co za Kijowskim nieśli broszurki z Konstytucją, nie umiejąc nawet wysłowić 'trybunał konstytucyjny', ci sami, którzy bronili Krajowej Rady Sądownictwa nie wiedząc z kogo jest złożona. Ci sami, którzy bronili Puszczy Białowieskiej, nie odróżniając od Białej Piskiej, geje za aborcją i panie za gejami, którzy nie cierpią Szyszki za dziki i norek za Kaczyńskiego, nie wiedząc jak kota w oknie wykręcić ogonem.
Nie odróżniają jednak, że shaw się skończyło, że tym razem nie bredzą, a żądają zbrodni. Tworzenie klimatu przyzwolenia dla zbrodni jest społecznie zbrodnią najcięższą. Przyzwolenie rodzi (za przeproszeniem) spowszednienie, a stąd zachętę. Jeżeli na paczkach papierosów czytam nieraz palenie w ciąży może zabić twoje nienarodzone dziecko, to dlaczego na placówkach wykonujących skrobanki, na paczkach tabletek 'dzień po' (awaryjnych!) nie czytam: aborcja zabije twoje nienarodzone dziecko. Przeciwnie, karalne miałoby być publiczne powiedzenie tego do 100 m. Nie byłoby 'tłumu' na ulicy, gdyby nie nośność medialna hasła aborcja i perwersja łączenia go z kontrastem 'unia-Kościół'. Gigantycznie skandaliczną manipulacją jest konstrukcja (odpowiednio fałszywie naświetlonego wszakże, bo w naturze prawdziwego) modelu:
- małżeństwo- współżycie- dziecko- narodziny, zatem średniowieczna kruchta z Kaczyńskim, kotem i wrakiem, albo:
- luz- seksik- płód- zabieg, zatem: wolna Europa z Biedroniem, nergalem i wysokimi obcasami.
Przerażające, ale temu ulegają także ludzie o 'domniemaniu powinności': artyści, manager'owie, prawnicy, studenci.
Ci, którzy tak wyczuleni są na niuanse, znamiona fałszu, cudzą wrazliwość, szacunek międzyludzki, tu jawnie bredzą jak świat daleki komunały prymitywniejsze od promocji dyskontu.
- o kobiecie, ciele, brzuchu- już było;
- o wyborze i zmuszaniu- już było;
- wpływie Kościoła na politykę- a cóż to jest Kościół, jak nie społeczność, kim są dzieci wzrastające jeszcze w organizmach Matek (w organizmach, bo my też już zbyt często ględzimy o 'łonach', 'podsercach' itp.), jeśli nie najmłodszym pokoleniem społeczeństwa, kim był 'tłum gniewny' zanim stanął na nogi, jeśli nie płodami? Czy myślą, że Kościół zajmuje się kolorem szat liturgicznych jedynie? Cóż ma zresztą aborcja do polityki, zmiany pór roku, czy kierunku wiatru? Zbrodnia to zbrodnia, gorzej gdy właśnie polityka miesza się do stanów faktycznych, jak Stalin do biegu rzek;
- o 'najostrzejszym prawie aborcyjnym w Europie'. To niech się tzw. Europa opamięta, nie my. Co ja poradzę, że np. w takim Luksemburgu jest 'czwórpodział' władzy, bo na 'szczytowanie' głów państw nie przyjeżdża Wielki Książe, tylko pan premier z 'pierwszą damą płci męskiej'- jaką księgą będą się tłumaczyć? białą, czy różową? Jeżeli czytam w serwisie tvn24, że Ofiary Breivika w Norwegii były niewinnymi dziećmi (co jest świętą prawdą), to kim innym są Ofiary 'aborcji selektywnej' w tej samej Norwegii? Co powiedzą rodzice norweskiemu, czy angielskiemu 16.-latkowi np., na wytłumaczenie, że 'ty to ty', bo panu doktorowi łatwiej było 'wziąć na łyżeczkę' braciszka?
Tego nie mówią i o tym nie krzyczą, jakby tego chciały media posługujące się publicznie językiem polskim, rzesze kobiet, obywatele Polski, to, na szczęście w nieszczęściu są wyjątki. Nie mieszkam na pustyni, z kruchty nieraz wychodzę, spotykam się z ludźmi w każdym wieku i każdego stanu i widzę rodziny szczęśliwe dziećmi, pełne przedszkola, matki i ojców oddanych z jeszcze większym zaangażowaniem miłości dzieciom chorym, dzieciom sąsiadów, od których są tylko nieco bardziej zasobni. U mnie na osiedlu młode dziewczyny przekazują nieznajomym często rodzinom za małe już ubranka, bo dzieci potencjalnych koleżanek są ciut młodsze. Tym silniej nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy ten sam portal, czy tygodnik wije się w zachwytach nad ratowaniem noworodków i dzieci z nieuleczalnymi nowotworami (i chwała Bogu)- szpaltę dalej jątrząc o prawie kobiety do 'wolności od niechcianej ciąży'. Gdzie i kiedy człowiek staje się człowiekiem? Gdy szyjka przejdzie przez szyjkę? Nauka, nie ambona, odpowiedziała już dawno, że gdy genom jest indywidualny. Ambona, jako katedra prawdy, komunikuje to jako sformułowaną umysłem ludzkim naukę objawioną.
Kluczem do prawa jest więc człowiek. Dopóki będzie istniało 'prawo aborcyjne', nie będzie tu prawa w ogóle. Dopóki obok normy 'kto zabija człowieka...', będzie funkcjonowała: 'kto przerywa ciążę...'. Dopóki będzie definicja legalna (a i tak skrajnie dorozumiana), a nie pojęcie aksjomatyczne człowieka, nie będzie tu prawa w ogóle (zwróćmy uwagę, że np. powietrza, wody i ognia prawo nie definiuje). Dopóki wreszcie prawo do życia będzie prawem uznanym, a nie zastanym, nie będzie tu prawa w ogóle. W jaki sposób moralnie chciałby uzasadnić Sąd na Widzewie szkodliwość niewiedzy Matki o nabyciu przez dziecko jeszcze nienarodzone długów spadkowych, skoro wciąż słyszy brednie o embrionie, zlepku komórek i przypadkowej zygocie? Dopóki zabójstwo dziecka w okresie rozwoju prenatalnego nie będzie kwalifikowanym typem zabójstwa, dopóki zabójstwo dziecka dla ratowania życia Matki nie będzie kontratypem zabójstwa, zabójstwo dziecka nieuleczalnie chorego przed jego urodzeniem nie będzie po prostu zabójstwem człowieka nieuleczalnie chorego, dopóki zabójstwo człowieka poczętego w związku ze zgwałceniem nie będzie niekonstytucyjną karą śmierci za zgwałcenie wykonaną na współofierze- dopóty nie będzie żadnej, ani ostrej, ani tępej regulacji karnej tej grupy zabójstw w ogóle.
Jeżeli, wprost po Invocatio Dei (i to stricte, a nie majaczeń o jakimś 'bogu' pośród źródeł uniwersalnych), Konstytucja RP nie zawrze normy kardynalnej, tj. nienaruszalnej pod rygorem utraty suwerenności, iż:
Życie ludzkie, tj. biologiczne funkcjonowanie każdej istoty gatunku homo sapiens indywidualnej genetycznie, nie jest mieniem, nie jest prawem, a stanem zastanym i podlega bezwzględnej ochronie Państwa od zaistnienia do autonomicznego ustania. Wszystkie prawa RP podlegają priorytetowi tej normy.
człowiek i społeczność ludzka nie będzie stanowił centrum państwa i prawa, a więc nie będzie suwerena.
Bowiem Rzeczpospolita jest suwerenna i stanowi swe prawa właśnie na Chwałę Bożą i ludzi pożytek, to jest właśnie stricte demokracja.
Ku rozwadze, Łódź Bałuty, 23. marca 2018 r.

piątek, 16 marca 2018

Europa zgwałcona przez byka

Witam,
Helleńscy mitomani, znani z niespecjalnego przepracowania, zaś głębokiej, na miarę amfory wina, religijności wytwórczej ubzdurali sobie łaskawie, że najpiękniejszą królewną świata-kreteńską (czytamy uważnie) Europę uwiódł był Dzeus. Sam fakt, że uważany miał być za 'boga', a i to najwyższego, mógłby okazać się jednak mało przekonujący, więc przybrał się za nieskazitelnie białego byka- taki to dopiero miał szansę u dziewczęcia niewinnie zabawiającego się na łące. W ogóle wątki dewianckie tego starego 'zboka' (mówiąc slangiem z cyklu 'siema') czyniły kult jego, zwłaszcza dla bywalców geju (pardon: gaju) Akademosa, znacznie bardziej porywające były niźli mistagogicznie czy apologetyczne zanudzanie. Cóż to za bóg, który dawałby przykazania i prowadził przez odpowiedzialność do wolności? 'Bóg' na miarę niedościgłych marzeń robi wszystko, o czym twórcy europejskich standardów śnić mogli pod gwiazdozbiorami, w których bóstwa układały się w panteon 'deopauzy'. Jak nie zgwałci dziewcząt pokwitających, w charakterze łabędzia, osła, a nawet złotego deszczu (to już dla koneserów), cóż Europa zachowana była dla byka, a nie osłów jakichś pospolitych, to chłopczyka porwie jako orzeł, ale w zamian tatusiowie odpłaci, nomen omen, koniem- do dziś współcześni piewcy 'kultury gejowskiej' jęczą, że nie dorośli ciut nad kolanko Ganimedesowi. Nawet jak pewna niewiasta ciemnogrodzka na widok jego poroniła, to dziecko poczęte zawinął w udo i 'urodził', nawet temu idolowi współczesnego mitu, że X jest OK wtedy i tylko wtedy gdy X jest nie-X, aborcja przez wszechwiedzę by nie przeszła, no ale to było u 'zaorania' dziejów. Zaręczam Czcigodnym, że chwalebne bujdy W. Markowskiej i J. Parandowskiego to Płomyczek w porównaniu do rzetelnego przeglądu mitomanii helleńskiej.
I gdyby to jeszcze 'dawno temu było i nieprawda' to jeszcze... , ale gdzieżby. Dziś współczesny mit europejski wraca właśnie tam. Europa to nie 'mroki' średniowiecza, nie chrześcijaństwo w konkrecie, sprawiedliwość i praworządność, suwerenność i praca, a właśnie te same mrzonki spod 'gwiadozbirów'. Zdałoby się lat tyle,  a nic się w naturze ludzkiej nie zmieniło, w naturze nie, ale w kulturze istotnie. Otóż podówczas nikt się tego typu molestowaniem dziewcząt na łące, uwodzeniem korupcyjnym Ganimedesów (rzekłbym 'kurestwo' za konia), a już tym bardziej wszelkim obłapianiem wszystkiego co się ru...sza, nie gorszył, a szczycił i tęsknił. Dziś progresja Europy przeszła w perwersję. Zwykły homoseksualizm to już nawet przeżytek, XXI wiek to już bi-, trans-, a-, q- (od czego skrótem by nie było). Wszelka 'zalotność' heteroseksualna to upiorne molestowanie, seks ma być wolny (choć zarazem szybki), otwarty i najlepiej multirasowy, ale warunkiem takiegoż 'bycia na fali' jest wolność od powiązania naturalnego-prokreacji i skrajny spontan, nie całujemy w rękę, tylko z razu gdzie indziej, nie mówimy komplementów, tylko zdawkowe 'było mi dobrze', rzucając świstek z adresem mailowym (za chwilę non available). 
Fałsz tego wszystkiego jest na miarę tak wzdragającą, że fałsz melodyki dawno stał się niezauważalny. Co ciekawe sami europejczycy zaczęli się w nim gubić. Na tym samym portalu, w tej samej odsłonie mogę przeczytać (czy też bardziej ujrzeć) biadolenie podstarzałych gwiazd na #metoo o zbrodni molestowania w domu i zagrodzie, a milimetr obok "zobacz galerię": jak 'jakaś' wypadła cudownie bez stanika na bankiecie, która gwiazda opalała się topless, kto co miał bardziej rozcięte. Jest to mentalność szynki w pewexie, ale znak czasu też. 'Geje' nie mając z urzędu co począć, tracą też wątek co ze sobą począć. Trudnią się głównie urozmaiceniem swej dewiacji masochizmem, że jest im w tym upiornie zaściankowym światku tak źle, że aż 'cudownie być gejem' i doprawdy trudno ich zadowolić. Europa 'niedogwałcona' z braku stosownych byków, traci wątek, wciąż chciałaby znaleźć kolejne pola nienawiści i błąka się po pustkowiu nadmiaru tolerancji, która nagle przestawszy być przedmiotem walki stała się nudna. Pewien czas temu jeszcze taki sobie czczy pederasta, mógł zdobyć podziw 'wypalając', że jest gejem (coś z cyklu "migrenę to może mieć Królowa Brytyjska, a ciebie łeb..."), a dziś na ten coming out, slyszy raczej: "dobrze, ale co masz mi do powiedzenia..." i tu niestety okazuje się, że niewiele więcej. Podobnie molestowanie stało się do tego stopnia nudne, że na castingu wypada mieć jednak jeszcze kilka innych ...'asów  w rękawie'. 
Zdaje się, że po prostu znów nowoczesność zionie nudą, kiedy obali się już wszystkie mury, można po prostu przekroczyć owe nie zauważywszy, a to nie daje aż takich znów dreszczyków, czy też wibracji. No może jeszcze cień nadziei był w Polsce, ale znów tym razem TVN wszystko zepsuł, bo mało kto włączy tylko w najcichszej nadziei, że 'może zobaczę jak pedał wygląda?' bo nic znów takiego.
Z pewnym politowaniem spojrzałem na portal 'dla LGBT', gdzie okazało się, że największą tajemnicą może być na którym to miejscu w rankingu 'przyjazności dla gejów' jest Warszawa, mnie by raczej interesowało, na którym w rankingu przyjazności dla tramwejów, ale to kategorie z innej epoki. Wynik był oczywiście 'katastrofalny', tylko dlaczego, nie za bardzo pojmuję, czy w Warszawie, a nawet na prostackich Bałutach, ci dla których 'panie przodem, a panowie tyłem' mieliby mieć większe problemy z robieniem tego co wszyscy dorosławi choć ludzie robią ze sobą, za wzajemnym pozwoleniem, tam gdzie 'nie koliduje to z ruchem ulicznym, dotkliwsze niż np. w Oslo. Może jest mniej 'kafejek dla gejów', były swego czasu nie tylko kafejki, ale nawet całe kwartały, osobne ławki uczelniane, dla np. Żydów i nie odnoszę wrażenia by zachowali to we wdzięcznej pamięci. Na miarę skandalu awansowane jest to, że sędzia w Irlandii, która nie ekstradowała polskiego mafiosy narkotykowego do RP, z racji swych rojeń o drakońskiej niesprawiedliwości, potępiana jest za swą lesbijskość. Problem w tym, że o jej dewiacji dowiedziałem się dopiero z lamentu 'tylko dla LGBT', a o tym istotnym naruszeniu praworządności czytałem sporo, z nieco bardziej merytorycznych względów. Osobne odsłony zużyto na przekonywanie par (chyba nie tylko, para to anachronizm, jak silnik parowy) zmiennopłciowych do spędzania walentynek, jak normalni(!) heteroseksualiści, a spędzajcie sobie, byle nie dzieci przed ujrzeniem światła dziennego, problem w tym, że cierpicie dlatego, że nikt wam tego nie broni.
Mme Macron oburzyła się pono, że w Diyon licealiści nie dorośli do miary europejczyków, przydrwili sobie nieco z jej 'macierzyńskich' uczuć do pewnego przedmaturzysty i to przed laty, zamiast zachować minutę ciszy, no cóż tu coming out wystawił się na out. Było zostać księdzem, to przynajmniej doczekałaby współczesnej Norymbergi, a nie głupich żarcików, a jeszcze głupszy dyrektor palnął coś w przeprosinach, że to takie 'na miarę wieku...", czyjego, monsieur?
Czytam w solennym artykule biograficznym w Wikipedii o pewnym aktorze, w zakładce 'życie prywatne': homoseksualista, jeden  z pierwszych, który się do tego przyznał. I tyle, równie dobrze mogli napisać: 'ma alergię na sierść kota', i co z tego? Ciekaw jestem bardziej kiedy pojawi się nota: 'heteroseksualista, jeden z ostatnich, który się do tego przyznał'.
Wszystko to oczywiście byłoby po prostu głupawe, gdyby 'sobie było', tragedią współczesności nie jest samo w sobie. Katastrofalne jest jako miernik 'europejskości'. Duch kontynentu, jego cywilizacji, która miała być jakimś wyznacznikiem, jest kategoryzowany rankingiem 'przyjazności dla LGBT' bardziej niż np. powszechnością świadomości matematycznej społeczeństwa, nie ograniczonej do operacji procentowej na trunku i rachunku.
Europejczycy cenili lapidaria ('skamieliny', gdyby kto pytał); Veni, vidi, vici miał rzec Cezar; ora et labora! pisał Św. Benedykt z Nurce; cogito, ergo sum, podsumował Descartes- i tu łacina się skończyła; przewrót anarchistyczny, nazwany dla skomplikowania wielką rewolucją: to już "wolność, równość, braterstwo" ('wszystko znaczy nic'); K. Marx (nie żaden komunista, tylko niemiecki Żyd, więc poniekąd realista) przesłał: "byt kształtuje świadomość". Dziś Europa z roz-, koszą, czy paczą? zdaje się tę ostatnią sentencje nieco modyfikować.
Te nieco pesymistyczne 'klimaty kontynentalne' zechcę kontynuować.
Pozdrawiam, Łódź Bałuty, 16. marca 2018 r.

poniedziałek, 12 marca 2018

By powiedzieć, a nie skłamać

Witam,
Nim do meritum, pozwolę sobie wskazać pewien interesujący sygnał. W poprzedniej nocie wskazałem, że: "W liczącej się publicystyce nie spotkałem choć jednego spójnego, bezemocjonalnego wyłożenia jednego [tego] przepisu ustawy materialno-karnej", na ów dzień był to fakt. Tym nie mniej dziś w  onetowskiej składance cytatów z artykułu Matthew Tyrmanda w Jerusalem Post trafiłem na ustęp:  "w jego opinii przepisy są sformułowane jasno i wyraźnie wynika z nich, że penalizacja dotyczyć ma jedynie stwierdzeń o >współudziale państwa polskiego, a nie współudziału poszczególnych Polaków, z których niektórzy w czasie wojny (i przed i po, jak każde społeczeństwo) dokonali okrutnych rzeczy i są godni historyczne potępienia<". Jak wspomniałem jest to tendencyjna i mało gramatyczna składanka cytatów z artykułu, z którego linią generalnie się nie zgadzam oraz wiadomych komentarzy portalu, ale pierwszy raz trafiłem w mediach na spojrzenie w istotę syntezy przepisu- lepiej późno niż wcale, ale do spraw dzisiejszych.
"By powiedzieć, a nie skłamać", mawiał lud prosty w swej sancta simplicitas. Dziś lud zeuropeizowany, na demokratycznie każdym szczeblu, zastanawia się intuicyjnie jakby tu 'powiedzieć, a nie powiedzieć prawdy'. Świadczą o tym utrwalone związki frazeologiczne, na które o zgrozo nie zwraca się już uwagi. Np. 'a prawdę mówiąc', w domyśle: 'dotąd mówiłem nieprawdę'; 'w prawdzie tak, ale...', czyli: 'naprawdę jest tak, ale powiem inaczej', 'szczerze mówiąc', zatem dotąd nieszczerze; podkreślenie 'przyznam szczerze', jakby można było coś przyznać nieszczerze i szereg zbliżonych. Prawda stała się formą godnego podkreślenia wyjątku w ogólnym ślinotoku na język.  Ogromną karierę robi też, całkowicie już 'zdesemantyzowany', przymiotnik "kontrowersyjny", ze wszystkimi odmianami. Jest pozornie prościutkim wytrychem, dla przedstawienia, że w jakiejś (tzn. ogromnej większości) spraw nie ma prawdy, ani fałszu, nie ma dobra ani zła, jest tylko uprawniona z urzędu, kontrowersja. Może i nawet, gdyby miałoby być dowodem bezsilności oceny, ale przeciwnie: 'kontrowersyjny' to dziś absolutna superlatywa. Po co wypowiadać sąd prawdziwy, po co przyznać się do kłamstwa? Mój sąd jest kontrowersyjny i to jakoby brzmi dumnie, twórczo, inspirująco; jak dla kogo, dla mnie nie.
Drugim, tylko pozornie niepowiązanym spostrzeżeniem jest widoczna trudność niemieszania języka potocznego z precyzyjnym, widoczna nawet w państwowej ustawie karnej, która sama ma być rządzona jednym z 'praw kardynalnych': nullum crimen sine lege coerta. Otóż typy przestępstw, także celowo znamionowane są językiem mieszanym. Sztandarowym przykładem jest oczywiście typ z art. 148 kk: "kto zabija człowieka". I 'zabicie' i 'człowiek' są teoretycznie tak oczywiste, że nie ma się o czym rozpisywać. Tak, ale już w art. 152 nn typizacja brzmi [w skrócie]: "kto przerywa ciążę", także w kwalifikacji, gdy jednostką strony przedmiotowej jest 'dziecko poczęte'. Tu już 'zabicie', 'człowiek', a zwłaszcza 'dziecko poczęte' (wśród zdawałoby się ogółu 'niepoczętych') oczywiste nie są na tyle, że ustawa podjęła się omijania prawdy. Stopniowanie obejścia prawdy przewiduje też art. 197, gdy zależnie od paragrafu typizuje: "obcowanie płciowe" (jakby tego nie pojmować), "zgwałcenie" (niemal jak z Detektywa), wreszcie "inną czynność seksualną" (choćby wiązanie krawata?). Wreszcie art. 278 mówi o "zaborze w celu przywłaszczenia cudzej rzeczy ruchomej", a kwalifikacja z art. 279 wprost: "kto kradnie z włamaniem" itp. Znacznie prostsze są jednak normy cywilne, czasem fiskalne, gdzie na ogół 'slang' opisowy jest objaśniany nazwami doktrynalnymi w nawiasach.
Zdało by się, że tą mieszanką leksykalną dotknięta jest też, do dziś i na wieki wieków, podstawowa ustawa karna czyli Dekalog. W 'art.' V-VII, dyspozycje są krótkie: "nie zabijaj", "nie cudzołóż", "nie kradnij", ale już 'art.' VIII stanowi: "nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu", nie zaś po prostu "nie kłam". Czy nawet Stwórca, chciałby 'tak powiedzieć, by prawdy nie powiedzieć'? Otóż nie. 'Nie kłam' dawałoby szerokie pole dla, zwłaszcza dzisiejszych, mistrzów 'szczerej nieprawdy'. Kłamstwo to po prostu twierdzenie przeciw faktom, mówienie 'fałszywego świadectwa' jest przeciw bliźniemu'. Nie trzeba materialnie skłamać by tak złożyć prawdy aby były fałszem skierowanym przeciw odbiorcy.
Nie mam czasu na metodyczną analizę doniesień medialnych dla samej analizy, ale na ogół sam wgląd w codzienną artykulację wystarczy by ten notatnik Przeciw komplikacjom mógł być pisany całą dobę. Np. dziś prosta konfrontacja dwu opinii z tego samego onetu. Proszę nie sądzić, z moich częstych odniesień, że 'lubię' czytać media z tej grupy, ale gdybym czytał to co lubię, to wystarczy, poza tekstami, które przewyższają 'ludzkie siły', że sam bym to sobie napisał. Czytam to z czym wiem, że się nie zgodzę, wtedy kora ma jeszcze szanse na późniejsze nieco murszenie. Otóż medium okazuje wdzięczność A. Darskiemu (to jednakże nazwisko, a nie pseudonim 'artystyczny'-z przeproszeniem, od darcia Biblii i aparatu 'mowy') za to, że 'przeprosił' za zabawianie się na facebook (p. Zuckerberga) 'kolekcjonarskim artefaktem' uznanego artysty w postaci gumowej imitacji fiuta z przypomocowaną Figurą ukrzyżowanego Chrystusa Pana-ewidentnie zdemontowaną z autentycznego krucyfiksu. 'Przeprosiny' tego kryminalisty (żeby mi nie było-nikogo nie obrażam, kryminalista to ten, którego czyn wypełnia znamiona z ustawy karnej, a czym wypełnienie to zaskutkuje, jeśli w ogóle, w procesie ściąga stopniowalnie inne 'tytuły') zawierają samą prawdę, nie skłamał ani razu, składając jednocześnie najgłębiej fałszywe świadectwo przeciw bliźnim swoim (tak jest świat skonstruowany, że niestety takowych ma-we mnie, Pani, Panu, Tobie dziecko drogie, także). Zamiast powiedzieć, oby szczerze: "wiem, żałuję, przepraszam, nigdy więcej, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem oddam poczwórnie (za Zacheuszem)", mówi setki zdań niby zgodnych z prawdą (w sensie kalki), ale tworzących skrajny fałsz (w sensie kalejdoskopu). Opowiada dyrdymały-żeby, są to bardzo przemyślne manipulacje, o przeproszeniu 'konserwatywnych' odbiorców starszego pokolenia, o woli 'rozśmieszenia kobiet', o znanej kontrowersyjności swoich poglądów itp. Gadaj sobie, chciałoby się powiedzieć, ale taką pozę bierze w obronę administracja facebook'a, tłumacząc ludowi ciemnemu, że aplikacje nergalskie po prostu można usunąć. Proponuję p. Zuckerbergowi by tak wytłumaczył 'swobodę twórczą' kolejnego artysty, który na takimż 'artefakcie' (choćby obrzezanym) umieści menorę, a może w miejsce rozśmieszania Znakiem męczeństwa Chrystusa, rozśmieszyć collage'm fotografii krematorium z fiutem gumowym zamiast komina? Wtedy kontrowersje będą, ale co do mienia likwidacyjnego facebook'a. Niestety także w tę opętańczą bujdę dał się włączyć Sąd Najwyższy w 2015 r., co dziś właśnie jest hasłowo przywoływane, uzasadniając oddalenie kasacji w sprawie podarcia Biblii i zelżenia Jej na koncercie, tezą, że nie można znieważyć publicznie przedmiotu czci... , jeśli czyni się to 'wśród swoich'. Dobrze, dobrze, ale czy Darski zamierzał podjąć taki wysiłek na libacji wśród koleżków w czterech ścianach, czy właśnie z okazji szerokiego upublicznienia. Czy nikt nie wziął pod uwagę, że w dobie przekazu medialnego 'life' wszystkich wydarzeń, jakie by one nie były nie ma aktywności estradowej wśród swoich. Nikt, a szczególnie tak perwersyjny, nie znieważa by znieważyć, ale po to by szokować, a i to mało, po to by przekroczyć kolejną barierę i dowieść światu komu co bezkarnie wolno, po to by o tym pisano, mówiono jako performance, a nie po to by kilku dewiantów przeżyło chwilę szczytowania. Czy Frlijić bezcześcił Znaki chrześcijaństwa Klątwie po to by wymienić egzaltatory z sobie podobnymi, nie: po to żeby Teatr im. Z. Huebnera i tegoż objazdówki miały co wrzucić do (nomen omen) kotła "teatr, który się wtrąca"- jeśli się wtrąca, to nie do swoich, chyba, że ktoś nie pojmuje elementarnej logiki w gramatyce. Gdzie były i są teraz media, których wiodącym tematem jest przemoc w rodzinie, molestowanie zakonnic, #metoo, wszak to wszystko dziać ma się wśród najściślej 'swoich'. Czyż emocjonująca dziennikarzy, 'autorytety', ulicę i zagranicę sprawa neonazistowskich wygłupów nocą w lesie w urojone urodziny Hitlera, nie odbywała się już wśród najściślej 'samych swoich' (z przeproszeniem Pana S. Chęcińskiego)? W tych dniach jednak sprawa z Biblią była by jeszcze bardziej kontrowersyjna. Wszakże w aktualnym wydaniu BT, Stary Testament, a więc pisma już ściśle mozaistyczne to 1101 na 1417 ogółem stron (78 %), pomijając, że wszystkie napisali Żydzi (niektóre 'niestety' nawróceni); nie wiem czy oferta 'żarcia gówna' w ponad trzech czwartych palonego z większością Ofiar zbrodni nazistowskich byłaby tak kontrowersyjna. To jednakże już niekończąca się historia, wspomnianych przeze mnie niedawno 'ozdobnikowych' przepisów karnych o ochronie wartości nierzeczowych przynależnych wszystkim kategoriom, a egzekwowanych wobec nader ściśle wybranych.
Równoległy problem oceny prawdy w tym samym portalu, tegoż dnia, to (co prawda za Newsweekiem, ale tam to już niemal wręcz we wspólnej toalecie, jak u Kiepskich) rozpacz A. Szulc z powodu 'skandalicznego' zachowania Pani Kurator Małopolskiej i Jej Męża (w sumie skandalem jest już chyba związek z mężem). Otóż Pani Kurator i Małżonek ośmielili się całkowicie nieewentualnie powiedzieć parę słów na tematy z gruntu dotyczące obszaru Ich kompetencji, czyli oświaty. Za co 'uczeni w piśmie i klawiaturze' zażądali Ich natychmiastowego odwołania, bez może bliższej analizy, wystarczy, że rzucając hasło 'antysemityzm' i 'ksenofobia'. Nb w sumie dziś dla 'mainstream'u' mamy tak: na lewo-antysemici i homofoby, na prawo-demokraci i europeiści. Lew w takim rozdaniu zwierząt mądrych i pięknych dziwił się świni dzikiej pekari, która stanąwszy pośrodku rzekła: "przecież się nie rozerwę'. W czym jednak rzecz Państwo pedagodzy ośmielili się, o zgrozo, określić homoseksualnego dyrektora jednej ze szkół, który wiedziony, naturalnym zapewne, pięknem czystej nawet od dzieci 'miłości gejskiej', taktownie podziękować absolutnie nienaturalnej żonie i wymuszonym z pewnością dzieciom dla efeba ze snów, mianem pederasty, który porzuciwszy rodzinę dla kochasia, niespecjalnie powinien kierować placówką edukacyjną. Zbrodnia to niesłychana, ale ja doprawdy na tym bałuckim zaścianku wciąż uważam, że męski homoseksualista to po prostu pederasta (mówiąc najchłodniej), że takiegoż komensalista to zwykły kochaś, zmienny jak rękawiczki (by nie wspomnieć o innych osłonach części ciała), a osoby same mieniące się 'nie heteronormatywne, zatem (nie-normatywne), co by nie czyniły 'wśród swoich', niech jednak oddalą się od funkcji zaufania publicznego, podobnie można by sugerować, że kleptomani są idealnymi kandydatami na kasjerów.
Ja, całkowity anachronista, nadal pamiętam skład sądowy orzekający w sprawie +Gen. Fieldorfa i przedstawicieli tamt. kontradyktorium, i fakt, że byli Żydami. Informacja taka nie jest antysemicka, podobnie jak nie jest rasistowska informacja, że Dalajlama jest Tybetańczykiem, a Św. Matka Teresa była Albanką. Najciekawsze jest to, że szczytem skandalu jest dziś w mediach nazwanie Żyda Żydem, a pederasty pederastą, bo gdybym ja kogoś pozwał o nazwanie mnie Żydem i pederastą, to powództwo byłoby najpewniej oddalone, bo to wszak komplementy (i to niezasłużone).
Dotąd, jako niedouk, uważałem, podobnie jak Pani Kurator, że skoro IPN w pełnej nazwie nazywa się Komisją badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, to zaiste jego funkcja edukacyjna w tym zakresie jest nieoceniona. Dla Newsweeka jednak nie, po KL Auschwitz powinni oprowadzać przewodnicy, którzy ze znienawidzonym IPN nie mają nic wspólnego, może ze stuttgardzkich domów starców wypożyczyć póki czas jakiegoś zbrodniarza, albo Żyda, którzy jak wiemy z postępowań o nieruchomości warszawskie, żyją bez problemu ca 130 lat?
Jeden dzień, jeden portal, dwa spojrzenia na prawdę, nie kontrowersyjne, a schizoidalne. Życzę opisanym tego co im potrzebne: Darskiemu i jego sympatykom oprzytomnienia, bo 'nie przeminie to pokolenia, jak się to wszystko stanie', Państwu Pedagogom z Krakowa niezłomności, bo 'kto wytrwa końca, Ten będzie zbawiony', a mediom mówienia wreszcie tak, by powiedzieć, a nie skłamać.
Pozdrawiam, Łódź Bałuty, 12. marca 2018 r.