Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de Regno Dei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de Regno Dei. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 grudnia 2018

Do Pani Barbary Nowackiej


Proszę Pani,
            Zwracam się do Niej w trybie otwartym, wszakże sama Pani publikuje Swe determinaty dla rzeczywistości społecznej  i rości publicznie o tych poparcie.
            Jest oczywistym, że moje odniesienie mieści się w stanowczym sprzeciwie do, pozornie nagłej, kampanii nienawiści względem śp. Księdza Henryka Jankowskiego, zmarłego w 2010 r. Kapłana Archidiecezji Gdańskiej, światowej Sławy społecznika, orędownika godności ludzkiej jako dobra genetycznego, niezależnego od jakiejkolwiek kondycji politycznej czasu i nastroju miejscowego. Godności, która jest jedna, wyłożona w Słowie Stwórcy Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Myśl Boską pragnie kontynuować aktualny państwowy Akt Zasadniczy w tego art. 30, lecz interpretacja zaangażowanych w reżyserię codzienności, w tym Pani, zmierza ku przekonaniu, że interpretator wie lepiej czym jest Godność, od Jej Dzierżyciela, o Dawcy nie wspominając, szczególnie w momencie gdy wyrazem grzeczności dla Boga zdaje się być pomijanie Jego Istnienia i Sprawstwa.
            W Swym niedawnym przedłożeniu dla portalu WP (z 7. grudnia br.) wykazała Pani, że sama osoba ‘pana Jankowskiego’, a szczególnie Jego rzekome przestępstwa w istocie niewiele Ją obchodzą. Nie dziwię się, Księdza Jankowskiego w życiu Swoim Pani nie spotkała, śmiem przypuszczać, że w czasie Jego duszpasterskiej i ogólnopublicznej aktywności nie miała Pani na tej temat szerszej orientacji, innej przynajmniej niż komentarze do komentarzy w okresie postępowania przygotowawczego z inspirowanych wyłudzeniami oszczerstw w 2004 r. Potwierdziła Pani natomiast moje niewzruszone przekonanie, że zaiste niepospolita Postać +Księdza Henryka Jankowskiego, Jego standard Słowa-twardego, otwartego, pewnego Swej racji, Jego stosunek do dóbr materialnych, jako narzędzia godnego powagi i odwagi stosowania w słusznym celu, Jego gest patronalny w myśl zasady darmoście otrzymali, darmo dawajcie, jest dla bliskiego Jej środowiska politycznego zwykłym narzędziem.
            Narzędziem do obrzydzania religii i tożsamości katolickiej, ale Tym którzy są w stanie być na to podatni, którzy (a jest Ich wielu) ulegną temu co ‘głośniej’ i z silniejszą demagogią. Bogaty ksiądz, mieszający się w politykę, a do tego zboczeniec, nie jakiś tam miły gej, a pedofil, jako makieta prowokująca nienawiść do Kościoła, czyli Boga, czyli Człowieka, toż to mechanizm, tak sprytnie prosty, że sam diabeł musiał wpaść na taki pomysł, i to dość skutecznie.
            Po co? Diabeł wie, że dziel to rządź, więc dzieli, jątrzy. Tu opowiada Pani czułe słówka o młodych chłopcach, którzy podawali alkohol, a 6. stycznia, w Uroczystość upamiętniającą Mędrców ze Wschodu, którzy przyszli aby oddać pokłon Mądrości Stworzenia, rozpocząć ma m. in. Pani zbierać podpisy pod jakąś formą inicjatywną ku likwidacji, potwierdzonego także świecką Konstytucją, chrześcijańskiego dziedzictwa Narodu, pod hasłem ‘rozdział Kościoła od państwa’. Jakiego Kościoła? Czy tego, który Polsce przyniósł uniwersum etyczne, alfabetyzację i obecność w światowym rozwoju nauk i technologii, solidarność pokoleń, grup społecznych, tradycję wieków, świadomość, że jeśli jest na Ziemi centrum to nie narzucone, a zaproszone-wprost z Rzymu, od grobów apostolskich? Nie, chodzi o ‘kościół’ przez m. in. Pani środowisko mentalne ubzdurany, klub czynnych zboczeńców, katów, krzywdzicieli dzieci, narzucających stawianie sobie pomników. To ma być, cytując Panią myśl progresywna. Dokąd jednak ów ‘rozwój’ ma prowadzić? Do nihilacji. Polska to bowiem w ogromnej większości Kościół. Kościół jest bardzo dotkliwie opodatkowany- ok. 97 % obywateli; komisja ‘gruntowa’ pokrzywdziła obywateli nie oddając całości zagrabionych instytucjom kościelnym nieruchomości, bo potrzebne są te obywatelom najszerszego spektrum- księży sierot, bezdomnych, bezrobotnych, nie mających gdzie się kształcić jest bardzo mało; symbole religijne są i będą w przestrzeni publicznej, gdyż jest publiczna, czyli jest przestrzenią Tego co publicitus pragnie się wyrazić. Bóg nie potrzebuje Siebie symbolizować (skracać), potrzebuje tego Człowiek, gdyż nie ogarnie Jego rozmiaru. Ogromna większość tego co stanowi przekaz historii ludzkości to właśnie symbole religijne, gdyż nie ma racji bytu stworzenie bez swego Stwórcy.
            Potrzeba silniejszej reakcji na pedofilię w Kościele? Tak, potrzeba, tak jak na lansowanie wszelkich zboczeń. W Kościele, czyli u wszystkich ochrzczonych. Potrzeba silnej, jednoznacznej reakcji na przestępczość przeciwko czci  i nietykalności cielesnej, zwłaszcza godzącej w Dzieci. Ma tu Pani ogromne pole zainteresowania. Najbardziej masowym przestępstwem przeciw nietykalności cielesnej Dzieci, jest Ich zabijanie przed urodzeniem, dziejące się ku tragedii głównie w Kościele. Ogromna większość sprawców i ofiar aborcji nie będącej środkiem wyższej konieczności to osoby ochrzczone, często w jakiejś mierze świadomie praktykujące swe członkostwo w Kościele. Pani jednak, wzorem Borusewicza, nie zamyka oczu na krzywdę Dzieci, Pani zamyka Dzieci- w pojęciu ‘zlepku komórek’.
            Dobrze przynajmniej, że jest Pani w miarę szczera. Nie musi Pani szczególnie udawać, że Ksiądz Jankowski obchodzi Ją więcej niż śnieg zeszłoroczny. Obchodzi Panią współczesna, żyjąca Hierarchia Kościoła, bo o ‘płodach niechcianych’ mówi odważnie: to były Dzieci. A problem w tym, że obrona przed Dziećmi, tymi które czekają Swego miejsca na świecie, gdyż wynika to wprost z normalnej seksualności ludzi, jest jedynym argumentem funkcjonowania politycznego Pani i Jej środowiska.
            Przed Uroczystością Narodzenia, a szczególnie Objawienia Pańskiego życzę szczególnie, by za Mędrcami inną drogą powróciła Pani do Swej Ojczyzny.
Łódź Bałuty, 14. grudnia 2018 r.

wtorek, 4 grudnia 2018

Wo ist die neue Waffe, braune Affe?

Witam,
Gdy chyliła się już wizja zwycięstwa tysiącletniej Rzeszy na wszystkich frontach światowej wojny, propaganda próbowała jeszcze dodać morale ludowi i armii wizją neue Waffe, nowej potężnej broni, która obróci losy skazanej na tragedię wojny rozpętanej przez frustratów i szaleńców z ówczesnych ulic. Nawet skrajnie aryjscy patrioci mieli już wówczas do odpowiedzenia tytułowy wierszyk, retorycznie pytający gdzież ta nowa broń brunatna małpo? Think thank 'igrzysk wolności' mógłby tu jednocześnie zarzucić promocję militaryzmu, zniewagę 'nie-będących-rzeczą' i promowanie hitleryzmu z ludzką (tzn. małpią) twarzą jednocześnie.
Małpa jednak wciąż budzi inspiracje znacznie bardziej dalekosiężne. Zdawałoby się, że bankructwo ideologii z brodą, a la Marks czy Darwin, dało małpom szansę na powrót do ich realiów naturalnych, zaprzestawszy wmawiać jakoby człowiek socjalistyczny od tychże pochodził (choć z małpką w wymiarze 100 g często chodził). Niestety małpa znów zagląda wgłąb, lecz nie buszu a duszu. Profesor Jerzy Vetulani popełnił dzieło o wszelkich pozorach naukowości pt. Bez ograniczeń. Jak rządzi nami mózg. Wsiech knig nie proczitam, więc odnoszę się do spostrzeżeń recenzji O. Orzyłowskiej-Śliwińskiej, lecz na tyle panegirycznych, że śmiem przypuszczać zgodnych z małpią złośliwością Autora.
Pozwolę sobie zacytować: ...rozdział "Bóg istnieje w naszym mózgu". Według autora wybory moralne są podobne u żyda, katolika czy ateisty. Wszystko wskazuje, że to nie moralność jest skutkiem religijności, lecz religia jest konsekwencją moralności, którą odziedziczyliśmy po naszych małpich przodkach. (...) Już neandertalczyk miał jakieś wierzenia.
Że Bóg istnieje w naszym mózgu to konstatacja dość oczywista, skoro istnieje wszędzie, że większość mózgów pozostaje na to Istnienie zaimpregnowana, to niestety kwestia doczesnej jakości materii. Podobieństwo wyborów moralnych u ludzi różnych postaw religijnych też do odkryć nie należy, gdyż wszystkie wybory są podobne, gdy dotyczą tego samego, a podobieństwo to może wyrażać się choćby w stopniu szczegółowości. Fundament kuriozum tkwi jednak w tezie, jakoby jakąkolwiek moralność dało się odziedziczyć (jak przenośnie by tego nie rozumieć) po nie-ludziach, skoro moralność, czyli ocenność zachowań jest immanentną i ekskluzywną cechą człowieka. Idąc za tą tezą profesora, w spostrzeżeniu że jednak nie wszystkie małpy dały się zredukować do roli ludzi, należałoby stwierdzić, że współczesne małpy nadal dokonują tych fundamentalnych wyborów moralnych. Należy wywód Autora i recenzent uprościć do tezy, że wybory moralne są podobne u żyda i małpy i zapraszam do Berlina, na właśnie rozpoczęte Święto Hanuka z nauką okolicznościową- Fundacja Batorego z pewnością załatwi grant, a gazeta opublikuje w wydaniu sabatnim (świątecznym).
Myśl vetulańska biegnie jednak dalej. Skoro religia jest kwestią małpiej moralności, co już miałby rekomendować neandertalczyk (nie wiem co ma jedno do drugiego- postawy kultyczne w kulturze neandertalskiej są oczywiste, tak samo jak fakt że człowiek z Neanderthal był człowiekiem, a nie małpą), to biorąc pod uwagę, że profesor upatruje w religii jedynie to co daje poczucie jedności i decyduje o przetrwaniu grupy, małpy nieźle nam znane powinny wręcz nie wychodzić ze świątyń, prowadzić Wydziały Teologiczne i rozległe misje. Owszem widziałem filmik z bodaj Nigerii, gdzie kilka małpek zabłąkało się do kościoła, nawet z niezłym samopoczuciem, ale czy wiedzione tam były religijnością płynącą z głębi moralności nie podnoszono.
Czasy upływają, dzieła nauki dowodzą niezbicie iż człowiek nie tylko dysponuje wprost Boskim darem moralności, religijności, ale i czyni sobie Ziemię poddaną przez tej na, nigdy nieprzekraczalnym, pograniczu wiedzy absolutnej odkrywanie. Cóż z tego, gdy w szacie naukowości, autorytetu, tytulatury przemyca się brednie. I to gdyby jeszcze duby smalone jak Wieszcz pisał, ale nie, fundamentalne herezje, mierzone wprost w oczywistość rozumu jako Daru Bożego. Ojciec Św. Pius XII swą ponadczasową encyklikę Humani Generis z 1950 r. zatytułował 'o pewnych fałszywych poglądach zagrażających podstawom nauki katolickiej'. Przekazał w tej odwieczną Mądrość daną człowiekowi w darze nauki w ofensywie wobec właśnie natłoku bredni od małpich przodków naszych czasów.
Dziś w dobie uniwersalnego spojrzenia na obecność Transcendentu w tożsamości człowieka, warto podkreślić, że dzieło to, całe jego zasadzenie i przesłanie mówi wprost nie tylko o poglądach, ale systemie dialektyki, nie zagrażającym, a rujnującym i to nie jedynie podstawy nauki katolickiej, ale samą naukę jako Naukę, czyniąc z owej zbiór fantazmatów zasadzonych wyłącznie w tytułach i 'dorobkach' wzajemnie sobie szafowanych przez małpie stada współczesności.
Łódź Bałuty, 4. grudnia 2018 r.

niedziela, 2 grudnia 2018

Współczesne adwenty

Witam, 
Kiedy tam przebywali nadszedł dla Maryi czas rozwiązania... To dość lakoniczne przedstawienie oczywistości Bożego Narodzenia, w przedłożeniu Św. Łukasza miliony usłyszą za trzy tygodnie w Ewangelii Mszy pasterskiej o północy-być może jednej z nielicznych, w których większość w ogóle w ciągu roku będzie obecna.
Boże Narodzenie nie jest opowiedziane jako Cud niepojęty, lecz rozwiązanie, którego czas dla każdej Matki nadchodzi z upływem okresu ciąży, okresu Jej poszczególnego Adwentu. Oczywiście liturgia Kościoła chwilę Poczęcia Chrystusa przez Dziewicę, o którym dowiaduje się w Zwiastowaniu, celebruje kalendarzowo- dziewięć miesięcy wcześniej, 25. marca, ale samo przeżycie oczekiwania Dziecka najwyraźniej właśnie w rozpoczętym dziś Adwencie. Ten krótki, maksymalnie 28. dniowy, czas zakazany, wśród wielu swych przekazów, ma bardzo istotne ukierunkowanie na rozumienie, nie tylko objęcie czcią nabożną, struktury czasowej ludzkiego życia i rodzicielstwa. Rok liturgiczny, czyli pewien kompletny cykl obcowania na Ziemi ze stałą różnorodnością wieczności, rozpoczyna się właśnie Adwentem, nie Narodzeniem, nie Zmartwychwstaniem, a oczekiwaniem Narodzenia. Urodzenie Jezusa przez Marię w Betlejem, tak jak każdego Dziecka jest wydarzeniem pośród Jego życia- kluczowym, przełomowym, ale w trakcie, nie na początku. Trwające w Adwencie, na ogół po prostu obok tegoż, 'przygotowania gwiazdkowe', jak nie są już odległe od jakiegokolwiek związku merytorycznego z Uroczystością, do której jakoby zmierzają, podkreślają przecież, że nie świętujemy z nikąd, lecz po czasie zorganizowanego, dbałego oczekiwania. Tak, choć PESEL, data która towarzyszy nam setki lat, choćby na tabliczce nagrobnej, są zapisami dnia narodzin, to ten dzień w ogóle nie jest niespodzianką (choć co do dnia może oczywiście być), jest spodziewany, wymaga przygotowania-rodziców, domu, zaopatrzenia, zdrowia, pieniędzy, czasu. Nie czekamy na przybycie gości z Ameryki, czy dziś już chętniej z innych galaktyk, lecz na wejście w kontakt społecznościowy Kogoś, kto już nam towarzyszy, czyją na ogół płeć znamy, komu wybraliśmy Imię, o czyim stanie zdrowia wiemy, często przerażająco wiele. Oczekiwanie to bywa przeróżne. Nieraz Adwent ten wymarzony i wybłagiwany jest przez lata ogromnych trudności, niepewności, zastanowień; często zaczyna się spojrzeniem na dwie kreski. Trzy Ewangelie podają trzy modele tego samego Wielkiego Adwentu. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo, wykłada ponadczasowość oczekiwania na mające się wreszcie ziścić zbliżanie rozwiązania św. Jan. Jakże mi się to stanie, skoro nie znam męża? cytuje ludzkie zaskoczenie Matki Bożej św. Łukasz. Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama, w konwencji urzędowej rozpoczyna św. Mateusz. Adwent Maryi, jak miliony codziennych adwentów-Ciąż, które towarzyszą nam w rodzinach, sąsiedztwie, pracy, mediach, nie był pasmem uniesień i karnawałem radości, lecz czasem wysiłku i niepewności. Józef okazał i tak niepojętą wręcz wielkoduszność, gdyż chciał początkowo 'jedynie' oddalić Ją potajemnie, gdy dowiedziała się o ciąży swej sporo starszej krewnej Elżbiety poszła do niej w góry, zwyczajnie udzielać pomocy, a gdy już właśnie miało się ku rozwiązaniu trzeba było wybrać się na spis ludności do zaniedbanego miasteczka na uboczu, bo takie były wymogi administracyjne. Nie czekało ówczesne 500+, nie wiadomo nic bliżej o dziadkach do pomocy, Rodzina z uznanym w spisie Dzieckiem miała liczyć tylko na dochody z warsztatu Józefa, lecz oczywistym okazało się obrzezanie, Ofiarowanie w Świątyni.
Dziś Adwent liturgiczny w ogóle oderwany się wydaje od adwentów codzienności. Nie ma go albo niemal w ogóle, bo trwa w marketach, reklamach, Mikołaju z reniferem i wyliczaniu długiego weekend'u; albo jest, lecz wyłącznie natchniony- w roratach, godzinkach, wieńcu, rekolekcjach, gdzie spodziewa się Dziecięcia, ale czy wiąże się ze spodziewaniem całkiem zwykłych, codziennie rozwiązywanych dzieci?
Szczególnie przerażającą schizofrenią dziejów jest wydłużanie 'adwentu' w listopad jeszcze karykaturami choinek, 'kolęd', dekoracji, mikołajek, girland wzdłuż głównych ulic (zwłaszcza Champs Elysees tego roku) w krajach w których nienawiść do adwentu jest znakiem firmowym ustroju prawnego. W państwach gdzie ciąża jest problemem z wariantami wyboru, gdzie nie ma nadejść czas rozwiązania, a trzeba rozwiązać sprawę 'wpadki'. Ile Matek w drodze do swej groty u 'lekarza' mija tysiące wystaw zachęcających do radości z X'mas time?
Patrząc na płonące girlandy w czasie ulicznych walk w przystrojonym adwentowo Paryżu warto pamiętać, że Elizjum to w legendach antycznych jedna  z części otchłani, zarezerwowana duszom niewinnym, pewna intuicja limbus puerorum.
Łódź Bałuty, 2. grudnia 2018 r.

sobota, 24 listopada 2018

Świat nie dla Tego Królestwa?

Witam, 
W wigilię Uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata należy zwrócić uwagę na spotocznienie tego ważnego Tytułu. Nie jest to bynajmniej moje wyłącznie spostrzeżenie. Już Papież Pius XI ustanawiając obchód tej Uroczystości encykliką Quas primas w 1925 r. zwrócił uwagę, że Chrystus Pan Królem jest i mianowania Go przez Kościół nie tylko nie potrzebuje, ale Kościół nie jest do tego zdolny. Ludzkość natomiast, wtedy wstrząśnięta wielką wojną i kryzysami, dziś  dramatycznie drastyczniejszymi doświadczeniami, potrzebuje uświadomienia, że zawiodła się i zawodzi, ale co najważniejsze zawodzić będzie, na wszystkich królach, dominacjach i przełożeństwach ze swego ustanowienia. Porażającą w swej szczerości wymową Uroczystości jest, że świat nie zawiódł się wyłącznie na Królu nie będącym z tego świata, co sam wypowiedział wprost Piłatowi. Obchód Chrystusa Króla nie dodaje Mu żadnych uprawnień, skoro wszystkie te ma, zadaje natomiast dziś tak zagłuszane pytanie: skąd jest królestwo człowieka, każdego, pojedynczo i w strukturze społecznej, rodzinnej, państwowej, zawodowej? Czy nie jest owo z tych miejsc, o których nałogowo niemal wspominamy, często nawet niezasłużenie, z najwyższą odrazą? Od kogo oczekujemy sprawiedliwości, skoro o wszelkiej władzy z którą mamy styczność, z sądowniczą na czele twierdzimy, że jest niesprawiedliwa, od kogo oczekujemy dobra, skoro w hierarchii nad sobą dostrzegamy wciąż korupcję i roszczeniowość, od kogo oczekujemy zrozumienia, skoro wciąż natrafiamy na obojętność i lekceważenie? A czegóż właściwie  oczekiwać? Ojciec Św. wyraźnie to podkreślił. Społeczeństwa, a dziś nie tylko się to nie zmieniło, co postąpiło w zastraszającym tempie, oczekują prawdy i życia, świętości i łaski, sprawiedliwości, miłości i pokoju, pod jednym warunkiem, że bez Boga. Fundamentem tragedii jest jednak, że jest to niemożliwe. Przymioty te, wyśpiewywane we właściwej prefacji, są przymiotami Królestwa Chrystusa i bez Niego nigdy nie uposażą stosunków ludzkich, w państwach, zakładach, domach, także w instytucjach Kościoła. Modernistyczna wizja społeczeństwa opowiada brednie o wzbogaceniu ludzkości wolnością od religianctwa, klerykalizmu, o demokracji, laicyzmie, pluralizmie poglądów nie przez wrogość, a przez dyskretne usunięcie invocatio Dei, pominięcie Znaku Krzyża Św., usunięcie katechezy i liturgii z rzeczywistości publicznej, eufemizację praw, tak by trudno dostrzegalnie tylko kolidowały z Dekalogiem. Dzisiejsza Uroczystość przypomina, że ten zabieg prawno-mentalnościowy jest wyproszeniem Chrystusa z tego świata, a przez to, o czym już modernizm milczy- zasad Jego Królestwa, właśnie prawdy i życia, świętości i łaski, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Państwo ziemskie, od przydomowego, po transkontynentalne, przez indyferencję religijną nie staje się rajem na Ziemi, przestrzenią nieskrępowanej życzliwości, zrozumienia i bezinteresowności, staje się antynomią Królestwa Chrystusa: piekłem kłamstwa i śmierci, niegodziwości i bezwzględności, przemocy, nienawiści i wojny. Niepojętej ślepoty trzeba by nie widzieć, że tak jest tu, w demokracji, Unii, nowoczesności, tam gdzie coraz rzadziej wypada się przeżegnać, gdzie 'religia jest sprawą prywatną'. Niepojętej demencji trzeba by nie pamiętać ile razy ostatnio pomstowałem na 'ten kraj', 'ten świat', 'te władze', a mimowolnie przyzywałem Dobry Boże, Jezus Maria... 
Chrystusowi nie potrzeba haseł, intronizacji, kolejnych tytułów do państwa, miasta, domu, czy parafii,  w których nie jest On uważany za Prawodawcę, za Sędziego, za Rządcę, czyli za Króla. Społeczeństwu potrzeba powracać do Chrystusa jako Króla, by cokolwiek móc ubłagać z Konstytucji Jego Królestwa. Społeczeństwu tu w Polsce, w tych przerażających dniach, gdy nawet o politycznej suwerenności mówi się już jako o ciekawostce słownikowej, potrzeba odpowiedzieć na twarde Słowa Pańskie Królestwo moje nie jest z tego świata świadomym wezwaniem Modlitwy Pańskiej adveniat Regnum Tuum!
Chyba, że świat ten nie jest już dla Tego Królestwa.
Łódź Bałuty, 25. listopada 2018 r.

niedziela, 4 listopada 2018

Tu jest pies pogrzebany

Witam,
Za tzw. komuny (czyli US-od 'sowieckiej', nie States) Uroczystość Wszystkich Świętych nazwano w kalendarzykach (zastępujących wówczas telefony, bo komórkowych nie znano, a stacjonarne były demokratycznie nieczęste) Święto Zmarłych. Jako, że nominalny ustrój nie wierzył w życie wieczne, było to święto bez desygnatu, podobnie jak u nas za dni parę Święto Niepodległości.
Dziś nie ma ustroju, bo to co jest sformułowane demokratyczne państwo prawne urzeczywistniające zasady sprawiedliwości społecznej desygnatu absolutnie nie posiada, zatem ustrój nie musi w nic wierzyć. W wolnym społeczeństwie jest jednak bardzo ważna różnica: jedni uznają Uroczystość Wszystkich Świętych, Jego Oktawę, w tym Dzień Zaduszny, drudzy mają Święto Zmarłych (tzw. 'wszystkich świętych'), Akcję Znicz i 'jeżdżenie na groby', a większość wszystkiego trochę, jak z gwiazdką, jajeczkiem, majówką. Jeżeli coś się ma, można z tym robić co się chce-na tym polega własność. Dlatego 'święto zmarłych' jest par excellence świętem żywych: rodzin, kwiaciarzy, kamieniarzy, sprzątaczy, transportowców i wszystkich, gdyż życie koncentruje się nagle na cmentarzach. Jeżeli Wszystkich Świętych niespecjalnie dotyczy już Świętych, a Dzień Zaduszny nie przypomina o odpustach za Zmarłych, a centrum uczuć stanowi cmentarz jako obiekt infrastrukturalno-estetyczny, to wszystko jest dozwolone- parafrazując znaną myśl teozoficzną.
Kuchennymi schodami wprowadzono 'odczłowieczenie' (a w zasadzie odduchowienie) cmentarzy. Realia cywilizacyjne wyprowadziły te spoza terenów przyświątynnych, czy bezpośrednich sąsiedztw, na rubieże miast, gdzie zawsze cmentarze były, ale o delikatnie mówiąc, specyficznym przeznaczeniu. W ramach wolności i tolerancji zaczęły powstawać cmentarze komunalne i modne dziś pogrzeby z panem czytającym pustosłowny wierszyk, trąbką i... i tak do ziemi. Nie ma się co rozczulać, bo jeśli odjąć pogrzebowi treść liturgiczną o zwrocie Prochu prochowi i oczekiwaniu powstania w Dniu Ostatecznym, to wszystkie poezje, mowy, trąbki, arie i wieńce nie zmienią nic w tym, że jest to higieniczne pozbycie się zwłok, bo do trwania pamięci o czyichś dokonaniach te ceregiele na pewno nie są w niczym potrzebne. Równolegle realia wymusiły akceptację dla, także religijnych, pogrzebów kompaktowych, jeszcze na ogół w grobach, ale coraz częściej w regałach zwanych kolumbaria (i to nie, żeby z Ameryką się kojarzyło).
Skoro cmentarz wyrósł mentalnie nad tego 'rezydentów', nie człowieczeństwo Żywych, a cmentarz uchodzi za pierwszorzędne miejsce pamięci, to w sumie istota aksjologiczna tego co pod galanterią pseudo (na ogół) artystyczną traci na znaczeniu. Zapomina się o pierwszorzędnej  świętości miejsca nie z racji grobów, nagrobków, krucyfiksów, aniołków i sentencji, a właśnie oddanych prochowi ziemi ciał ludzkich, które były materią dusz nieśmiertelnych-konkretnych, jednostkowych, niepowtarzalnych. Ciał, które są skrajnie namacalnym dowodem, że człowiek może poza galaktykę poleci, ale człowieka nie wyprodukuje. Nowoczesny cmentarz przestaje potrzebować ciała ludzkiego, przestaje być osiedlem 'rozpadających się domów doczesnej pielgrzymki' (znów za prefacją).
Dlatego bez szczególnego zdziwienia pojawiły się (tzn po prostu zostały zorganizowane) 'cmentarze dla zwierząt'. Jest to dość przerażający absurd kultury. Zaznaczam od razu, że jednoznaczny sprzeciw wobec tego zawoalowanego bluźnierstwa, nie ma nic wspólnego z pogardą dla Boskiego ustanowienia zwierząt jako immanentnego sąsiedztwa człowieka. Cmentarz bowiem, jak zaznaczyłem, jest ziemskim symbolem zwrotu do materii pochodzenia, zwrotu obracającego się już w proch martwego-bo 'odduchowionego' ciała do prochu Ziemi wyobrażonej w ogrodzie Eden, w którym w poetyckim skrócie Bóg umieścił człowieka. Zwierzęta natomiast nie mają pochodzenia zindywidualizowanego, stworzone zostały z niczego, są istotami żywymi, którym człowiek nadał nazwy, podczas gdy człowiek jest uposażony tchnieniem Życia i nazwany przez Boga. Zwierzęta są dwupłciowe 'technologicznie', a Człowiek 'kompetencyjnie'. Rozróżnienia te bledną jednak wobec tego, że zwierzęta na terenie tych pogrzebalni zwanych cmentarzami, nie mają na co czekać. Primo: nie zmartwychwstaną, bo nie były ożywione tchnieniem (nie ma 'duszy zwierzęcej'), secundo: nie mają zdolności oczekiwania, gdyż nie są uposażone wolną wolą, czyli abstrakcją poglądu (dlatego m. in. nie robią nic złego). Oczywiście człowiek, mający rozbudowaną sferę emocjonalną żywi względem szeregu zwierząt (i nie tylko) specyficzne uczucie i poszczególne tych egzemplarze zapadają mu w pamięć, nawet poza ustaniu życia. Stąd powstała koncepcja jakiegoś lokowania tej pamięci, przez ustawianie nad rozkładającymi się ciałami psów, kotów, chomików namiastek nagrobków, a zbiorowisko tych rzeźbek z ławeczkami, kwiatkami etc. nazwano 'cmentarz dla zwierząt', który właśnie jest simplicite miejscem wspomnień przez ludzi i to oczywiście żywych. Nie ma w tym nic materialnie przeciwnego dobru innych ludzi, ale jest to wyrafinowane świętokradztwo, gdyż ekskluzywę sakralności ludzkiego ciała zawłaszczono na inne potrzeby, tak jak ekskluzywę sakramentalną małżeństwa na potrzeby administracyjnego stanu cywilnego. Warto spojrzeć też na swój sposób z perspektywy. Człowiek chowa ciało drugiego, ale nie nosi odzieży z jego skóry (przynajmniej co do zasady), nie posila się jego mięsem. Przykro mi, ale wielu światowo nastawionych, którzy 'pochowali' swego pieska na wielkomiejskim 'cmentarzu' powróciło kiedyś z wycieczki na Daleki Wschód, gdzie sami stali się cmentarzami analogicznych piesków. Przerażających analogii, braku 'szacunku i demokracji' w 'uprawnieniach grzebalnych' zwierząt można by wskazać wiele.
Fundament w tym, że zwierzęta nie są żadnymi 'braćmi mniejszymi'-szczególnie żyrafy. Zwierzęta są zwierzętami. Stworzeniami Boga, które powołał nie tylko do istnienia, ale też życia. To, że z większością z tych człowiek może się 'porozumieć' ma swój cel. Człowiek został umieszczony we 'wszechświecie godnym podziwu, aby w Boskim Imieniu panował nad wszelkim stworzeniem' (to z innej prefacji), a trudno panować bez porozumienia i odczuwać podziw do czegoś beznadziejnie głupiego. Istotą relacji człowieka ze światem, mineralnym i biologicznym jest szacunek dla stworzenia-ani skał, ani wód, ani roślin, ani właśnie zwierząt człowiek sobie sam nie zrobił, tylko owe otrzymał od Stwórcy. Wszystko po coś. Zwierzęta nie dość, że żywe, to wysoce uorganizowane, są niesłychanie uniwersalne- nie tylko w zastępstwie człowieka porządkują funkcjonowanie świata, lecz człowieka żywią, ubierają, bronią. Wiele z nich zostało uorganizowanych w predyspozycje do kooperacji w ochronie bezpieczeństwa człowieka, pracach, sygnalizowaniu zagrożeń. Budzą sympatię, bo gdyby budziły odrazę kooperacja ta nie miałaby racji bytu. Oczywistą bzdurą jest kategoryzowanie moralne między ludźmi, a zwierzętami. Zwierzęta są niezdolne do zła, gdyż robią tylko to co w ich funkcjonowaniu konieczne, dlatego bzdurą jest określanie brutalnych przestępców 'zezwierzęconymi' i życzenie bliskim 'ludzkiego traktowania'-bo znaczy to tyle co zdawanie na łaskę i niełaskę kogoś równie nieprzewidywalnego jak my. Szacunek dla stworzenia, zamysłu Bożego i własnego zadania panowania skutkuje nie humanitarnym (czyli analogizowanym do ludzi) traktowaniem zwierząt, a nie zabawianiem się z ich użytkiem. Nawet nie dlatego, że je to boli- robienie z nich jedzenia pewnie też boli, ale dlatego, że nie po to zostały powierzone. Byki są do jedzenia i dawania skór, a nie rozszarpywania na corrida (które to 'zabawy' spowszedniają mordowanie tego co się rusza, z ludźmi na czele), futra do ubrania powstają w wystarczającej ilości przy produkcji mięsa i nie trzeba nadużywać daru reprodukcji życia dla żywych fabryk kołnierzy. Psy powinny być zadbane nie dlatego, że na to zasługują swoją postawą (gdyż do takiej z wyboru zdolne nie są), ale dlatego że Stwórca postawił takowego do naszej dyspozycji, a więc i troski.
Wszystko to wynika z Księgi Rodzaju, i tu, tak naprawdę 'jest pies pogrzebany'.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 4. listopada 2018 r.

piątek, 2 listopada 2018

Kamień młyński, tylko gdzie te młyny?

Witam, 
Oktawa Uroczystości Wszystkich Świętych wiąże się  z przybliżonym oglądem chwili w życiu, która staje się przepustką do poszerzenia grona Aniołków (albo niestety tychże, tylko w przeciwnej wersji). Śmierć jest bowiem chwilą w życiu, jak bardzo rzeczowo mówi piękna (literacko, ale i filozoficznie) prefacja 86., które zmienia się, ale się nie kończy. Prawda o nieśmiertelności, zwłaszcza w tych dniach, staje się ogromnym problemem komplikacyjnym dla środowisk nowoczesnych. Przecież w żadne tam Nieba, piekła czy inne Sądy Boże (zwłaszcza, że niezwiązane ordonansami z Luksemburga) nikt w demokratycznych mediach wierzył nie będzie, ale z drugiej strony trzeba coś zrobić z tą właśnie drugą stroną. Odnosząc się do tytułu dzieła Św. Jana Pawła II, da się ludzi odrzeć z tożsamości, ale trudniej z pamięci. Więc wzorem pamiętania o Bliskich, pamiętają też o osobach publicznych, zwłaszcza medialnych, znanych z ekranów, głośników, mediów elektronicznych, czasem jeszcze papierowych. Cóż im mówić? Że ich idole, wzory piękna, kreacji poglądowej, słowotwórcy, są na tamtym świecie- czyli jakim? Że tam gdzie już tylko wola Boże się dzieje- nawet prababcie tego na głos, przy realnych zmysłach, po wyjściu z kruchty nie powiedzą. Że umarli, bo ludzie umierają- niby tak, ale ludzie to ludzie, a oni, to oni.
Powstała więc 'nieśmiertelność alternatywna'. Przez kolejne dni media z aluzyjnie przeniesionymi miazmatami religijnymi (czarne cienie, znicze, quasi-liturgiczne brzmienia) opowiadają kto 'odszedł', kogo 'nie ma między nami', kto 'już nam nie zaśpiewa' i różne tego typu eufemizmy, by nie powiedzieć wprost kto umarł, jakby było to coś złego, a przynajmniej wstydliwego. Nie ma co ukrywać, że nowoczeny dyskurs konfesyjny, różni się na ogół tym, że nowocześnie się 'odchodzi...', a po katolicku 'odchodzi do Domu Ojca', 'do wieczności'. Jak widać już tylko Abraham i prorocy zasługują by wspomnieć o Nich po prostu 'pomarli', a po za tym było to 2000 lat temu (tylko ciszej, że tak powiedzieli Żydzi, bo zaraz wszystkie media podchwycą).
Szczególną i naprawdę godną ogromnego współczucia jest bezsilność wobec śmierci tych, którzy do końca publicznie demonstrowali niewiarę. Niepojętym skandalem jednak jest publiczne okradanie Ich z prawa do Boga w tej dosłownie ostatniej chwili, robienie sobie przez żyjących jeszcze bluźnierców propagandy dramatem dylematu Ich śmierci. 28. lipca umarła Olga Jackowska, znana jako artysta muzyki, poezji, wokalistyki Kora. Nie moja poetyka, nie mój styl podejścia do rzeczywistości, ale na pewno Osoba, której tożsamość istniała we współczesnej kulturze. Deklarowała pewne formy realizmu magicznego, z pewnością nie potwierdzała żadnej sprecyzowanej religijności, ale nie przypominam sobie jakichś jednoznacznych propagand ateistycznych. Dywagowano ponoć, czy przed, nie nagłą wszakże, śmiercią powierzyła się Bogu sakramentalnie i nie wykluczono. Niewątpliwie była to sprawa między Bogiem a Nią, lecz dla faktycznego vox diaboli nawet takie dywagacje były już skandaliczne. Tu dobitnie pokazał się humanizm, szacunek dla Człowieka, gotowość na wolność wyboru ludzi nowoczesnych. Dla takiej Środy, której choćby etyka była znana, to praktykuje tę per eliminationem, obowiązkiem stało się rozgłaszanie swych bluźnierczych domysłów jako wersji obowiązującej. Nigdy nie wzięłaby ostatnich namaszczeń, nigdy nie pozwoliłaby na obecność przypadkowych księży wokół siebie, powiedziała ta faktyczna, a nie nominalna satanistka w stanowiącym trybie przypuszczającym. 
Choćby ci, gorszycielko się nie podobali 'przypadkowi księża', co ci do obecności przy Kimś umierającym nieprzypadkowego Boga? Czy to, że nie rozumiesz, mimo naukowych tytułów, czym jest extrema unctio ma zabraniać tego umierającym? Nie, Środa jak każdy kto diabłu głosu użycza, jest na to za cwana. Chce by nikt z jej słuchających nie chciał przy sobie, przy swoich bliskich, księży, ostatniego namaszczenia, czyli Boga po prostu,  choćby dlatego, że niepozwoliłaby na to Kora, zdaniem pani profesor choćby.
Nie Kora tu przynajmniej winna, nie Jej niezbyt w większości pewnie zorientowani, fani, a ta konkretna Środa i ci, o których sam Zbawiciel uczy: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze.
Dlatego, nie igrać ze śmiercią!
Łódź Bałuty, 2. listopada 2018 r.

niedziela, 28 października 2018

In hoc Signo vinces

Witam,
Lat temu 1706 Konstantyn, zwany później Wielkim starał się zdobyć wreszcie Rzym w konflikcie plemiennym z Maksencjuszem i zdobył Urbs, pokonując Tybr przy zawalonym moście mulwijskim. Zwycięstwo to otworzyło nowożytność polityczną współczesnej Europy przez zjednoczenie zachodniego Cesarstwa i uznanie religii chrześcijańskiej rychłym edyktem mediolańskim. Zjednoczenie Cesarstwa było spełnieniem ambicji i politycznej i realizmu administracyjnego Konstantyna, natomiast uznanie chrześcijaństwa- religii nowej, nieprzystającej kulturowo do zlatynizowanej wersji wierzeń helleńskich, pochodzącej z obrzeżnej z Azją prowincji, traktowanej dotąd jako pretekst do czystek i prześladowań społecznych, zdawałoby się absurdem w koncepcji państwowotwórczej. Konstantyn nie był filozofem, zapewne też nie miłośnikiem futuryzmu cierpienia, nie mógł w koncesji dla chrześcijaństwa upatrywać zalążka sukcesu gospodarczego. Cóż więc mogło się stać? Skoro coś przeciwnego rozsądkowemu oglądowi sprawy, a jednocześnie porażającego sukcesem, zapewne stał się, w umownym skrócie, cud. Wszelkie dane łączą trzy kolejne zdarzenia. Ujrzenie przez Konstantyna na horyzoncie nieokreślonego zjawiska wizualnego wraz z przeświadczeniem o zasłyszeniu głosu mówiącego Mu in hoc Signo vinces, zwycięstwo w trudno obliczalnym starciu, opanowanie Rzymu i uwolnienie chrześcijaństwa (co stało się dopiero początkiem drogi do chrystianizacji rzeczywistości publicznej). Jaki miał być ten Znak, w którym wg Swej iluminacji nabrał pewności zwycięstwa? Tradycja mówi o Krzyżu, także o XP. Oba są wykonalne meteorologicznie na italskim nieboskłonie jesiennego wieczora. W tym nowocześni krytycy upatrują bujdę o wizji konstantyńskiej, że to przecież zwykła astronomia, gra świateł o zmierzchu, zorza, halo etc. Zgoda, Pan Bóg między innymi jest Panem stworzenia, więc nie potrzebuje technologii z festiwalu światła na Piotrkowskiej, bo środki przyrody ma na zawołanie, Pan ma narody wszystkie pod nogami, Jego się chwała wznosi nad gwiazdami jak mówi psalm z dzisiejszych nieszporów. Więc nie temat w tym czy wizja była z promieni słonecznych, laseru czy jodku srebra, temat w tym dlaczego akurat ta? Zórz tego rodzaju wodzowie różni, wcześniej i później widzieli wiele, być może i różne rzeczy zdarzało się im wtedy słyszeć. Cud jest w tym, że Konstantyn ujrzał 'zwykłe zjawisko atmosferyczne', skojarzył owe z Tym Znakiem i uwierzył przekonaniu, absurdalnemu, że w Tym zwycięży. Gdyby przyjechała delegacja Maksencjusza wytargować warunki, gdyby usiadł ze swoimi wodzami, przeliczył wszystko i uznał na zimno 'pewnie zwyciężę', gdyby nawet coś mu pobłyskało i zmęczony dniem pomyślał 'zwyciężę i tyle', nie byłoby w tym nic dziwnego. Wiele sukcesów militarnych opiera się na strategicznej kalkulacji czy ryzyku, ale to oparte było na pokorze wodza. Uwierzył Komuś nowemu, że 'ty zwyciężysz', ale nie własnymi siłami, a w jeśli nawet znanym, to dość pobieżnie, obcym Znaku.
W ten sposób Krzyż przez siedemnaście już wieków jest publicznym Znakiem zwycięstwa, także w sztandarach, orderach. Nowoczesność jednak ma i na to swą diabelską interpretację. Krzyż, dwie przekreślone listwy, często po prostu listewki, bardzo przeszkadza. Niesłychanie potężną siłę musi mieć Znak, w którym nie tyle może już pragnie syty zachód zwyciężać, ale którego niepojęcie się boi. Owszem często jeszcze szczęśliwie gorszy, budzi sprzeciw, gdy ktoś chce usunąć Krzyż z urzędu, szkoły, miejsca pracy. Owszem Krzyża nie ma już w sądach, wielu instytucjach administracji- tam gdzie ważą się sprawy człowieka, nie ma w wielu mieszkaniach, ale dlaczego? To właśnie jest pytanie o siłę Krzyża. Dlaczego bać się w tak stechnicyzowanym świecie nauki dwóch niemal kresek? Przecież jeśli ktoś nie wierzy, że symbolizuje taki krucyfiks narzędzie Męki Zbawiciela, to i tak nie ma dlań znaczenia, a jeśli wierzy, komu taki 'zabobon' miałby przeszkadzać? A tym, którzy szczytów poznania nie osiągają, bo 'wierzą i drżą' (jak ci wspomniani niedawno przez Prezesa 'różni szatani'). Spotykam sędziny z pierścionkami atlantów, urzędników z czerwonymi sznureczkami, nie uważam za powód uznania, ale w sumie 'głupota nie boli'. Pamiętać jednak trzeba, że Konstantyn całej teologii Krzyża również nie znał, a uwierzył. Krzyż ma w sobie siłę, w zwycięstwo której, jeśli nie wiara to intuicja buduje respekt. Jeśli dziś nie chce się Krzyża w przestrzeni publicznej, artystycznej czy edukacyjnej to dlatego, że podświadomie tkwi obawa, że ktoś w Nim zwycięży, zwycięży z tymi którzy nie chcą, a więc bitwa o most mulwijski trwa co dzień. Co dzień nie tylko ktoś żywi przekonanie, że jego zwycięstwo jest w Krzyżu, ale wielu żywi złudne przekonanie, że mogą wygrać tam gdzie Krzyża nie ma, choćby miał być to cmentarz. Tylko jaki znak nadnaturalny ujrzą na horyzoncie jako ostatni?
Łódź Bałuty, 28. października 2018 r.

niedziela, 21 października 2018

Sąsiedzka wizyta

Witam,
Dziś w jesienny, choć jeszcze pogodny poranek z wizytą na rodzinne osiedle Marysin na Bałutach przyjechał mój, w szerokim rozumieniu, rówieśnik ks. Konrad Krajewski z Rzymu. Łódź żyje z pewnością szeregiem innych wydarzeń, publicznie wybory miejskie, kościelnie obchody Ćwierćwiecza świątyni duszpasterstwa artystycznego w Łodzi. Wokół kościoła parafialnego Opatrzności Bożej przy ul. Inflanckiej w niedzielny poranek, też pozornie nic szczególnie innego niż każdej niedzieli.
Fakt, że na rodzinne osiedle przyjechał ksiądz z zagranicy i w macierzystym kościele odprawił Mszę i powiedział kazanie jest dość częsty i nawet w tak 'wyznaniowym' Państwie nie robi większego wrażenia. W swej zwykłości zdarzenie było jednak doprawdy niezwykłe, przyjechał ksiądz KARDYNAŁ. Nie Richelieu, nie Wyszyński, nie Sapieha, a Krajewski- z ulicy za torami, z podstawówki z osiedla domków, liceum między blokami. Najmłodszy z koncelebrujących, młodszy od większości wiernych w kościele, lecz wszystkim w jakiś sposób znany. Nie mogło nie przypomnieć to sytuacji gdy Jezus przyszedł do synagogi w Nazarecie, odczytał fragment z Proroctwa Izajasza, powiedział homilię o bardzo ważnej treści mesjańskiej, lecz najgłębsze skupienie licznie przybyłych wzbudziła potrzeba ochłonięcia z rangi wydarzenia. Parafrazując, zdawało się, że Choć wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego, myśleli: «Czy nie jest to Konrad z Centralnej?»
Było zwyczajnie w najwłaściwszym tego słowa rozumieniu, lecz bez wielkiego splendoru odczuwalne było poczucie tożsamości, rodzinności w rozległej, zróżnicowanej i bardzo zanonimizowanej parafii. Bardzo ważnym wydarzeniem było spontaniczne powitanie Kardynała sąsiada ze wszystkimi wiernymi, bezpośrednio, indywidualnie, z uściskiem ręki, chwilą rozmowy. Pewien jestem, że żywsze i serdeczniejsze nawet niż zawsze 'uporządkowane' jednak posiłki z bezdomnymi wiecznego Miasta. Wśród wielu spostrzeżeń, które zawsze byłyby powieleń licznych refleksji nad instytucją funkcji kardynalskiej, wyborami Bożymi, z ludu wzięciem, zwrócę uwagę na pewien szczegół. W świątyni przy skrzyżowaniu przelotowych tras, w wielkim mieście, Mszę św. odprawia przez ponad godzinę, potem długo na dziedzińcu spotyka się z każdym kto podejdzie-dziesiątkami, setkami, kardynał z Watykanu, najbliższy współpracownik samego Papieża, operujący gigantycznymi kwotami i... przyjść może każdy, nikt nie jest niepokojony przepustkami, wykrywaczami metali, ochroniarzami. 
To domniemanie bezpieczeństwa, domniemanie spokoju, zwane dawniej wprost w prawie immunitetem świątyni, jest jednym z najważniejszych darów, które daje dziś Kościół Państwu. Czy jest to stan niewzruszony? Dla Boga nie ma nic niemożliwego, ale czuwajcie i bądźcie gotowi, czy jeszcze nie my będziemy opłotkami, w wyznaczonych godzinach szli za przepustkami do swoich zamkniętych i pilnowanych na co dzień kościołów, gdyż społeczność multikulturalna będzie uważać to za 'kontrowersyjne'.
Mszę św. zakończył śpiew Boże coś Polskę i właśnie tę Ojczyznę wolną, wolną jak dziś na Marysinie, także od lęku, pobłogosław Panie.
Na stronie archidiecezjalnej jest bardzo ciekawa konfrontacja fotograficzna dwu prymicji ks. Krajewskiego ze świątyni Opatrzności Bożej-prezbiterskiej sprzed 30. lat i dzisiejszej kardynalskiej. Przywodzą na myśl dwa główne dzieła Czcigodnego Parafianina- liturgię i miłosierdzie. Zdało by się odległe. Dbałość o kult Boży z tego precyzją, bogactwem, hierarchią i troska o biednych, schorowanych, ale i na ogół ciężko zobojętniałych religijnie, dla których pierwszą i często jedyną potrzebą na tę chwilę jest zupa, nie Eucharystia. Ta odległość jest pozorna. Wspólnym mianownikiem jest tu właśnie najwyższa dbałość. Ani liturgii, ani miłosierdzia nie da się sprawować zdawkowo, aby było, tak jak czynności administracyjnych, czy edukacyjnych, którym niestety często towarzyszy świadomość- tego i tak nikt nie czyta, na to i tak nikt nie zwraca uwagi. Ten Któremu służy Liturgia widzi wszystko, ten do którego przychodzi się z miłosierdziem wie czego potrzebuje lepiej od nas. I liturgia i miłosierdzie mogą być tylko szczere, namiastkowe nie są 'słabsze', tylko nie istnieją w ogóle. W misji łódzkiego Kardynała łączność tej troski Kościoła widać szczególnie wyraźnie.
Łódź Bałuty, 21. października 2018 r.

piątek, 19 października 2018

Miliard w Środę, miliard w głupotę

Witam,
Dziś 34. Rocznica zamordowania Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Wydarzenie powszechnie znane, a jednocześnie nigdy zapewne znanym naprawdę być nie mające. Ja np. z wydarzeń publicznych do nauczania początkowego, pamiętam Je (i transmisje z procesu w Toruniu) jako jedno z trzech, obok stanu wojennego i katastrofy w Czernobylie; przy wyborze Jana Pawła II byłem bowiem, już nieco przerośniętym, ale jednak zlepkiem komórek. Analizowanie historiografii i historiozofii tej zbrodni wykonują znaczniej do tego powołani, jednak spojrzę nieco z dystansu.
System kierowany przez KPZR dogorywał i nie miał innego wyjścia. Pozostawał konflikt nuklearny, ale nie brano już tego realnie pod uwagę. Rysował się problem znacznie poważniejszy. Ratowania się kto może. Dogorywał system, dogorywała część pobreżniewowskich towarzyszy, ale w sile wieku lub na dobrym starcie, w ZSRS, autentycznych satelitach (NRD, Rumunia) i terytoriach zależnych (gł. Polska) była rzesza zakorzenionych w tym bagnie, ale chętnych do wypłynięcia w nowej niewiadomej. Głównym arsenałem nie były już wyrzutnie, a polityczne służby policyjne, bo jak 8 lat później pokazał W. Pasikowski w Psach "jezuitów nie zatrudnią". Teczek, pseudonimów, kontaktów nie zaczęto zacierać, a przede wszystkim przekształcać, po 'upadku muru', '4. czerwca' i innych symbolach dla Szczepkowskich, a wtedy, po bankructwie stanu wojennego, w realiach katastrofy elementarnego bezpieczeństwa rynku wewnętrznego. Zabójstwo Ks. Popiełuszki nie było jakimś gigantycznym aktem terroru komunistycznego, nie było nowym Katyniem, procesem szesnastu czy Nila, z Kuklińskim nie zdążono. Było zbrodnią sfrustowanej, skłóconej i ogłupiałej SB, która wiedząc, że sami już się nie obronią, że za lat parę wrócą na swoje ulice, osiedla, wsie, co najwyżej jako milicyjni emeryci, a nie żadni specjalni agenci, zaczęli pozbywać się tych, którzy są na co dzień z tymi ich przyszłymi sąsiadami. Nie zabito Wałęsy, Kuronia, Mazowieckiego, Olszewskiego czy Macierewicza zresztą też, wszystkich ich kalkulowano jako przyszłych 'nowych panów'- kto się okazał nowym, a 'ludzkim', dziś wiadomo. Nie było zamachu na kluczowych biskupów i zwierzchników zakonnych, gdyż precedens Agcy to już uniemożliwiał. Zamordowano bł. ks. Popiełuszkę, Zycha, Suchowolca, ludzi Kościoła, którzy z ludźmi wszystkich klas byli, a jednocześnie wiadomo było, że z Państwem, jakie by nie było, będą zawsze w pewnym rozdziale. Bezwład mechanizmu tej zbrodni wykazała nawet Jej amatorszczyzna i rzucenie przez wyższych morderców (Kiszczak, Ciastoń, Płatek) niższych (Pietruszka, Piotrowski, Chmielewski, Pękala) masom na pożarcie.
Gdzie tu jednak męczeństwo za wiarę? Zdałoby się, przy pięknych intencjach, zwykła rzeź jak u rozkładu wszystkich reżimów. Tak zresztą kwestię tę wiele lat przedstawiano i beatyfikacja dzisiejszego Patrona nie była wcale oczywista. Pierwszym, który rozumiał tu głębię chrześcijańskiej Martyrologii był największy Prymas powojenny śp. Kard. Józef Glemp.
Księdza Popiełuszkę zamordowano bowiem nie za działalność opozycyjną, nie za budowanie polityczno-duchowego mostu dla katolicyzmu nad pogorzeliskiem komuny (prędzej zabito by śp. Ks. Jankowskiego), a za przekraczający wytrzymałość nawet bezdusznego aparatu Apostolat Prawdy i nabożeństwo dla Drogi Krzyżowej, czytelne w każdej Jego homilii. Ksiądz Popiełuszko nie miał przymiotów Zwycięzcy, nie powalał bezpośrednim charyzmatem, porywem słowa czy straceństwem odwagi. Po prostu nigdy nie uważał kompromisu, ani za cel, ani nawet środek. Zamiast powiedzieć do słuchu by porwać, wolał powiedzieć przebacz im, bo nie wiedzą co czynią. Nie musiał mówić 'co rozumie pod pojęciem prawda', bo dla Niego Prawda była Prawdą, a nie pojęciem.
Dlatego z pewnością jest Męczennikiem za wiarę, że przedstawił w skromnej postaci, Chrystusa, który Sam określił się: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem... choćby i umarł żyć będzie.
Bądźmy realistami, dziś do protestów społecznych, pracowniczych nie potrzeba księdza, Mszy w zakładach, spowiedzi na fabrycznych dziedzińcach. Dziś nie walczy się z władzą, a o władzę, nie walczy się o prawdę, a o pieniądze. Taka jest właśnie skrajnie bolesna prawda: Popiełuszko zrobił swoje, Popiełuszko może odejść. Wałęsa, który 34 lata temu wykrzykiwał ostrzeżenia tym, przez których 'choć włos z głowy Księdzu Jerzemu spadnie", dziś nie musi się nawet martwić o włosy Kijowskiego. Michnik, który szwendał się za Księdzem Popiełuszką udziela gościny na swych po-łamach profesor Środzie (etyczka za przeproszeniem), która z proporcjonalną sobie lekkością bredzi o kapłanach niezłomnych: Popiełuszko Popiełuszkiem, a pedofil kościelny pedoflem kościelnym.
Sądzę jednak, że zgodnie z zasadą Tertuliana, iż semen est sanguis christianorum niejednego jeszcze Bł. Jerzy uprosi dla Polski, gdy renegaci Wałęsów i Śród znów zaczną się i wokół zabijać o przyszłe stołki.
Łódź Bałuty, 19. października 2018 r.

wtorek, 16 października 2018

Post quadragesimos annos

Witam,
Fakt, że 40 lat temu Metropolita Krakowski Karol kardynał Wojtyła został wybrany na Biskupa Rzymskiego, jako Jan Paweł II przez 26, 5 roku był Piotrem Swych czasów i czczony jest i będzie jako Święty, jest oczywisty powszechnie. Z tej dziejowej i ponadczasowej rzeczywistości ludzie, instytucje i społeczeństwa wysnuwają, każdy na swój sposób, miliony konotacji, czyniąc Św. Jana Pawła II po części swą własnością, w czym nie ma nic zdrożnego, rozszerza bowiem przesłanie Jego biskupiego motto Totus Tuus, odnoszącego się wprost do Matki Bożej, która wszakże od początku do dziś i na wieczność jest właśnie Człowiekiem. Fakt, że ten konkretny przełom miał miejsce w życiu Świętego 16. października 1978 r. jest wydarzeniem w dacie i niczym szczególnie więcej, papiestwo Biskupa Krakowskiego ma takie samo znaczenie dziejowe wczoraj, za miesiąc, czy w innych dniach 'nieokrągłych', ale jubileusze porządkują ośrodki pamięciowe, co znający ludzką neurologię Stwórca podkreśla już od czasów Wyjścia.
Na pewno nie zamierzam powielać, kontestować, ani ingerować w refleksje, wspomnienia czy podsumowania bardziej do tego powołanych, jedynie zwrócić uwagę na pewne szczegóły, które myślę warto brać pod uwagę w rozwadze świętości tego Człowieka współczesnego. Czy został święty? Nie, święty był całe życie, jak miliardy innych ludzi dziejów, lecz w sposób tak spektakularny, że o powszechne, imienne i bezterminowe wspominanie nie tylko Jego, ale Jego Świętości dopomniano się niezwłocznie po przejściu do wieczności. Czy święty został za coś-cuda, zasługi, postawę, męczeństwo? Też nie. To Jego, jako Świętego, ludzkość swoich i przyszłych czasów, otrzymała po coś. Męczeństwo pogranicza przedwczesnej śmierci po postrzale terrorysty, wieloletnich zespołów chorobowych, ale także męczeństwo bezsilności doraźnej, bycia najpotężniejszym Człowiekiem doczesności, którego przesłanie (będące przesłaniem Boskim dla współczesności) miało minimalne przełożenie na codzienność ludzkości. Nie można ulegać iluzji, że Papież z Polski zmienił cały świat. Owszem, jako jeden z mężów stanu, uczestniczył w dziejowym przełomie końca zimnej wojny, ale przełom ten miał głównie inspiracje ekonomiczne i konsumpcyjne. Upadkowi komunizmu i 'jesieni ludów' przydał się Papież, Kościół już jako 'dobrodziejstwo inwentarza', ale czy Chrystus i Dekalog? Tylko o tyle, o ile są na wzór i podobieństwo nowoczesności. Nie można ulegać iluzji, że ca 130 krajów odwiedzonych, kosmiczne odległości przeleciane, setki milionów na stadionach, słuchających (bardziej słyszących) homilie to Kościół Apostolski, te same kraje, miliardy to też korupcja, mafia, terroryzm, dehumanizacja partnerstwa, rodzicielstwa i seksualności, przemoc fizyczna, psychologiczna i ekonomiczna, puste świątynie, degeneracja nauk spekulatywnych, a przede wszystkim redukcja tożsamości człowieka do czasu jego postrzegalnej tożsamości. Męczeństwo to nie to samo co cierpienie, męczeństwo za wiarę znamionujące świętość, to nie to samo co każde cierpienie z przesłaniem i czytelną alienacją od konkurencji interesu. Męczeństwo za wiarę to dostrzeganie Sensu w bezsensie, to to o czym mówi Św. Jan Chrzciciel, jestem głos wołającego na pustyni. Tej Świętości potrzebował świat i my, względni rówieśnicy tego Pontyfikatu najbardziej, że można dawać świadectwo trwałości, pewności, wierności przekazowi, którego niemal nikt zdaje się nie słuchać, nie zamierza praktykować, że w milionach chcących 'zobaczyć Papieża' widzi się pustkę dziś, ale być może pełne Niebo, za tyle lat, o których liczbie wie tylko Ojciec? Św. Jan Paweł II nie został kanonizowany jako męczennik, tylko wyznawca, pewnie dlatego, że Męczennikiem był całe życie i stało się to męczeństwo treścią wyznawstwa. 
Znów trzeba przypomnieć, że to ćwierćwiecze pontyfikatu to wyznanie wiary Kościoła, w Boga, w Człowieka (choć Obaj są obiektami wiedzy), ale też, co rzadziej zauważamy, wiary w Kościół. W Kościół, którego bramy piekielne nie przemogą, ale tak się poszerzyły, że Kościół z coraz mniejszym dyskomfortem się w nich, coraz mniej zauważalnie, 'pomieszcza'. Św. Jan Paweł II był bardzo ścisłym analitykiem filozofii doczesności, bardzo przenikliwym artystą, bardzo zrównoważonym dyplomatą. Wyznawał wiarę w unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam tak silnie, że przekraczał Nią zawężenie postrzegalnej religijności codziennej do kilku mikroregionów świata, laicyzację życia akademickiego, dechrystianizację systemów międzynarodowych, demencję sakramentalną ludzkości. Pozostawił Testament Eklezjalny dla przyszłości narodów, o których po ludzku mógł nie wiedzieć (a może wiedział?). W Katechizmie Kościoła Katolickiego, Kodeksach (obu obrządków), Pastor Bonus, Universi Dominici Gregis, Fides et Ratio, Dominus Iesus, Redemptoris Custos, Slavorum Apostoli... Ten Testament mógł dopisywać potęgą misji ponadczasowej Ojciec Św. Benedykt XVI, tym Testamentem żyje pośród wyzwań współczesności współczesny Pontyfikat Papieża Franciszka.
Tajemnicą Stwórcy pozostaje, że Św. Jan Paweł II nie skorzystał nigdy z uprawnienia dogmatu o nieomylności definicji. Nie ogłosił, 'brakującego' moim zdaniem dogmatu o Miłosierdziu Bożym, którego cześć jest dziś najpowszechniejszym w świecie nabożeństwem Kościoła. Dał tym jednak przykład heroizmu w pokorze wobec wieczności Kościoła, iż Papiestwo liczy ponad dwa tysiące lat, a nie 26 i pół, że Piotrowie kolejnych czasów wypowiedzą i zdefiniują jeszcze bardzo wiele. My już wiemy, że przyszło żyć za Pontyfikatu Świętego, lecz Roma locuta (non Pontifex locutus) causa finita.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 16. października 2018 r.

czwartek, 11 października 2018

Hasło uniwersalne

Witam,
Od podwórka do Komitetu Noblowskiego i od pyskówek do debat fundamentalnych karierę robią hasła uniwersalne. Tak wnikłe w dyskurs, że jako hasła, poza respektem nie niosą już dla kolejnych pokoleń żadnej konkretnej treści, a przy tym są właśnie uniwersalne, czyli równie operatywne dla wszystkich wypowiadających się. Wiele z takich często wypominam, ze złudną nadzieją, że ograniczenie tych stosowania do przedłożenia na temat, w znaczeniu partykularnym przywróci wartość, a podniesie sens przekazu. Nie o to jednak zapewne szczególnie chodzi, gdyż cudownie jest obracać demokracją, tolerancją, dobrobytem, sprawiedliwością, Europą, anty-... i ...-fobią etc.
Dzisiejsza rocznica przypomina jeszcze jedno hasło uniwersalne, nieco może zakurzone, gdyż mało kto pamięta od czego się wywodzi, ale tym bardziej już hasło i tym bardziej uniwersalne. Chodzi o sobór. 56 lat temu bowiem Ojciec Św. Jan XXIII otworzył Drugi Sobór Watykański, który trwał w sesjach trzy lata. Był to pierwszy i jedyny cykl zjazdów i składania materiałów do zbiorowej wypowiedzi Kościoła, biskupów całego, w założeniu, świata, po światowej wojnie. Jedyny po sformalizowaniu podziału świata na domenę amerykańską i sowiecką, po ustatuowaniu tzw. trzeciego świata w miejsce ziem kolonialnych i misyjnych, po kapitalistycznej redefnicji neoimperiów islamskich, a co pewnie najważniejsze dla Kościoła, w którym Sobory się odbywały: jedyny od formalnego usankcjonowania ateizmu i indyferentyzmu jako konstytucyjnej tożsamości publicznej części świata.
Nie podkreśla się jednak zbyt często, że był to jedyny zjazd biskupów dosłownie całego świata (oczywiście w realnych proporcjach), jedyny z użyciem lotnictwa cywilnego, po upowszechnieniu łączności telefonicznej i względnie nowoczesnych technologii, ostatni przed komputeryzacją i technologią internet. Ta właśnie obserwacja stawia znak zapytania- czy nie był to ostatni sesyjny Sobór w dziejach? Wszakże dziś sobór, o tych samych zadaniach co Watykański II, czyli debaty i formułowania myśli Kościoła w realiach zadawanych przez współczesność niesubordynowaną eklezjalnie, trwa cały czas. Papież, żeby zobaczyć biskupów z Australii (i vice versa) wystarczy jeżeli posłuży się technologiami a la skype, a wymiana schematów w konkretnych sprawach od Pretorii do Vancouver odbywa się na miarę prędkości myśli, a nie wyrobienia paszportów i zapewnienia noclegów dla trzech tysięcy starszych ludzi z całego świata. Prędzej zadałbym pytanie czy formuła konklawe zjazdowego jest nienaruszalna, niż czy odbędą się kolejne Sobory w Ich tradycyjnym rozumieniu.
Ten sprzed pół wieku jednak się odbył. Jego dorobek jest równie przeceniany, co niedoceniany, równie budzi euforię, jak zgorszenie. Przede wszystkim jednak, mimo kilometrów rozważań, we względnie powszechnym odbiorze, pozostaje absolutnie nieznany. Jeżeli jeszcze komuś młodemu hasło sobór mówi coś poza byciem hasłem, to wydaje się ograniczać do odprawiania 'przodem do ludzi', pominięcia łaciny w codzienności kościelnej i zrównania katolicyzmu z innymi 'wyznaniami'. Czyli mówiąc wprost, aspektów w ogóle z dokumentów soborowych nie wynikających. Jest to idealnie to samo, co hasło 'demokratyzacji' w polityce, z demokracją nie mającej wiele wspólnego. Dziś nikt nie zauważa, że Vaticanum II nie zmodyfikowało, ani nie rozszerzyło w żadnej mierze nauczania Kościoła co wiary i moralności, nie zmieniło odwiecznej Liturgii Kościoła bardziej niż ulegała zmianom przez dwa tysiąclecia, samo w sobie nie zmieniło istoty tożsamości Kościoła i bycia poza Kościołem.
Nie ma Kościoła 'przedsoborowego' i 'posoborowego', gdyż co wynika z samej obserwacji Sobór odbył się w Kościele, zebrał, przeanalizował, zsyntetyzował myśli ludzi Kościoła sobie współczesnych, które formułowali, na podstawie swej wiedzy i doświadczenia w czasach wiele lat przed Soborem, a przemyśliwane są wciąż przez ludzi, którzy w większości w czasie obrad sesyjnych nie byli jeszcze nawet narażeni na limbus puerorum. To co obserwują reakcyjni krytycy Soboru- rozprężenie rytów, labilność doktrynalna, imperfektywność prawna, kompromis wobec postaw sekularnych, bezsilność wobec publicznego ateizmu, czy to co krytycy progresyjni- oddalenie Autorytetu Kościoła od codzienności społeczeństw, nieugiętość wobec zawsze istniejących, a pomijanych w oglądzie zjawisk różnorakości postaw seksualnych i partnerskich, elitaryzm duchowieństwa, nimb tajemniczości wokół dóbr doczesnych instytucji kościelnych, nie są żadnymi skutkami, czy winami Soboru. Są to zwykłe transparencje zawsze istniejących problemów rzeczywistości Kościoła wojującego, w równoległym Soborowi czasie rewolucji technologicznej szybciej, łatwiej i prężniej wychodzące na jaw, także w codzienności religijnej.
Sobór w Konstytucjach, Dekretach i Deklaracjach sformułował szereg myśli, interpretacji i wskazań co do sytuacji społeczno-eklezjalnej, na dziś pewnie już nieco archaicznych, nie zmienił jednak przede wszystkim Słowa Bożego, gdyż nikt Go zmienić nie może, nie zmienił Magisterium, gdyż wyraźnie nie miał takiej woli, nie zmienił Prawa Kościoła, gdyż nie czuł się do tego powołany. Był, czego pewnie nie zauważamy, ostatnim przedinternetowym powszechnym forum Kościoła- i to pewnie Jego najdonioślejsze osiągnięcie.
W dzisiejszą rocznicę wspomina się, wyjątkowo nie w rocznicę ziemskiej śmierci, protagonistę Soboru Papieża Jana XXIII, który beatyfikowany został tego samego dnia 3. września 2000 r. z Papieżem Bł. Piusem IX, autorem Syllabus errorum, głową ostatniego Soboru dogmatycznego Watykańskiego I. Nie tylko w tym symbolu przenika do myśli heretyczność koncepcji Kościoła przed- i po-. Także w trwałości bardzo ważnego przepisu:
kan. 1372: Kto od aktu Biskupa Rzymskiego odwołuje się do soboru powszechnego powinien być ukarany... (Kodeks z 1983 r., por. can. 2232, Kodeks 1917). Nie chodzi tu tylko o iluzoryczną próbę zwoływania soboru dla podważania orzeczenia papieskiego, ale o ocenę takowego przez pryzmat (i prymat) tekstów soborowych.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 11. października 2018 r.

wtorek, 9 października 2018

Tajemnicze pięć dziesiątek

Witam, 
Miliony ludzi na świecie, od kilkuset lat codziennie, nawet kilka razy, często, w szczególniejszych okolicznościach- obawy, trudności, pamięci o kimś, czy jakiejś sprawie, a także ze znużenia czy przyzwyczajenia odmawia najprostszy zdawałoby się pacierz, nazwany Różańcem. Zbieg fonetyczny, ale różnie się kojarzy. Dla jednych jest najwznioślejszą modlitwą prywatną, dla drugich uniwersalną pobożnością, dla wielu, zwłaszcza mało lub w ogóle Go praktykujących, symbolem starczej i bezmyślnej dewocji. Dla bardzo wielu czymś oderwanym od modlitwy, łańcuszkiem z krzyżykiem, coś tam symbolizującym- pierwszą Komunię, pogrzeb, pamiątkę z Częstochowy, czy Lichenia, 'wizytówkę' z audiencji generalnej w Rzymie, wisiorek na lusterku obok CD przeciw radarom, czy na dłoniach zwłok. W wersji mini, od szlachetnej analogii do obrączki małżeńskiej, staje się alternatywą lub uzupełnieniem dla pierścienia Atlantów. W tym miesiącu, w październiku- codziennie, lecz przez cały rok w różnych rytmach odmawiany (odprawiany) jest w kościołach i kaplicach jako uroczyste Nabożeństwo publiczne przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, co obok liturgii majowej i Gorzkich Żali cieszy się pewnie największą popularnością, spośród celebr okresowych.
O znaczeniu teologicznym, mistycznym i pobożnościowym Różańca przekazano wiele, znacznie więcej doświadczył każdy kto spróbował tej modlitwy, choćby jako jednej z najpowszechniejszych praktyk wskazywanych jako pokuta ze Spowiedzi. Na ogół zapewne orientując się, że łatwa w swej oczywistości, staje się najpierw nudna, potem trudna, a z upływem czasu potrzebna, czy konieczna.
Cztery (do niedawna trzy) części historiozbawcze, po pięć tajemnic, reflektowanych w odmówieniu Pater noster- 10 Ave Maria- Gloria- od stu już lat: wezwanie anielskie z Fatima. I myślę, że właśnie w kwestii tych tajemnic tkwi cała Tajemnica: trudności, potrzeby, a przede wszystkim indywidualności. Nie da się bowiem rozumowo wyjaśnić, że setki milionów (czy więcej) ludzi, odmawiających setki, czy tysiące razy w życiu rytmiczne pacierze, myśląc, czy choćby na hasło dwudziestu zdarzeń z elementarnej katechezy, każdego dnia, przy każdej dziesiątce znajduje własną, swoją, aktualną tu i teraz interpretację, potrzebę odniesienia emocjonalnego, nawet mimowolnego, choćby protest, czy zastanowienie nad 'niepojętością' rozmyślania przez ludzi nad 'opowiastkami' sprzed dwu tysięcy lat. Naprawdę, już samo zastanawianie się, czy wykpiwanie przez miliony, że inne miliony 'coś' widzą w obracaniu tymi kuleczkami jest fenomenem samym w sobie. Ile razy można znaleźć nową myśl na temat np. Zwiastowania, Biczowania, Wniebowzięcia, Wesela w Kanie? Trzy, trzydzieści, a trzy tysiące, czy więcej? Pewnie tyle samo razy ile nową myśl można znaleźć (i znajduje się) gdy wyświetla się telefon tej samej osoby, ile nadjeżdża ten sam pociąg do pracy, ile włączam ten sam telewizor, odbieram tę samą pensję, odczuwam tą samą irytację, niepewność, satysfakcję, tęsknotę. Tajemnicą różańcową zdaje się być niepojęta połączalność zdarzeń, często niezbyt oczywistych (Ofiarowanie, Agonia, Ukoronowanie, Przemienienie) z codziennością, myślą o sobie, ludziach, potrzebach, wdzięcznościach, frustracjach, pracy, pieniądzach, zdrowiu i wszystkim o czym w ogóle się myśli. Same wezwania dziesiątek zdają się oczywiste. Tysiące pewnie razy słyszałem, czy czytałem nazwę czwartej Tajemnicy Bolesnej: Via crucis, Droga krzyżowa, dźwiganie Krzyża. Po raz pierwszy jednak, po latach, nazwę oczywistą, ale na którą nigdy nie wpadłem: Droga Jezusa na Górę Kalwarię. Właśnie, ta najcięższa katorga fizyczna i duchowa, dla zwykłego człowieka, co nauka ze wszechmiar udowodniła, niewykonalna, była Drogą na Górę, jak w minimalnym odbiciu wszystkie codzienne drogi ku jakiemuś wzniesieniu są zawsze dźwiganiem czegoś.
Jeżeli kogoś modlitwa różańcowa nuży, to już coś dobrego, znaczy że wchodzi ku jakiejś górze.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 9. października 2018 r.

piątek, 14 września 2018

Tożsamość imienna

Witam,
Poprzednia nota w kontekście zwycięstwa wiedeńskiego, wymaga istotnego uzupełnienia. Za zorganizowany przez wojska pod swym przywództwem sukces cywilizacji Europy (w archaicznym tego słowa rozumieniu) Król Jan III otrzymał bardzo istotne podziękowanie pozaimperialne. Wspominane jest (o ile faktycznie jest) do dziś i choć dotyczy całego Świata (nie tylko tego), ma wymiar bardzo osobisty. 
Jak wspomniałem najpierwszą korespondencję o zwycięstwie skierował do Papieża Innocentego i do Żony Marii Kazimiery. Od Papieża oficjalnie otrzymał, jako jedyny władca poza brytyjskimi (dziś jest to już tam bardziej wyrzut niż zaszczyt), tytuł Fidei Defensor- Obrońca Wiary. Wyjednał jednak ustanowienie, na dzień Wiktorii Wiedeńskiej-12. września, specyficznego Święta- Najświętszego Imienia Maryi- jedynych 'ludzkich' imienin w kalendarzu liturgicznym. Oczywiście dla Papieża podstawą teologiczną było, niewykonalne przy dysproporcji zbrojnej, zwycięstwo nad islamskim Imperium Osmańskim, wojsk na którego sztandarach był wizerunek Częstochowskiej Królowej Polski. Tym nie mniej dla Króla była to jedyna w dziejach okazja by także utrwalić dla świata pamięć o swej Żonie, która była dla tego potężnego władcy ogromnym wsparciem i inspiracją. Nie jest to być może hagiografia oficjalna, ale sam fakt intensywnej korespondencji królewskiego małżeństwa tamtego, bezinternetowego (i chyba bardziej bezinteresownego) czasu o czymś istotnym świadczy, choćby o tym do Kogo warto pisać.
Imię bowiem, Najświętsze, ale i bardzo codzienne, ma niesłychane znaczenie. Generalnie jest się pod nim znanym jeszcze przed diagnostycznym ustaleniem płci (jeśli będzie dziewczynka to..., a jeśli chłopczyk to...), Chrzest jest udzielany Człowiekowi znanemu z Imienia- żeby nie było, 12. września 1976 r. do mnie powiedział kapłan na Bałutach: Szymonie, ja Ciebie chrzczę... (a nie 'dziecko, o ileś urodziło się żywe, nadaję ci imię...'). Tylko mitomania komunistyczna wymyśliła 'uroczystości nadania imienia' w USC, ale choć miały te praktykować najpierw rodziny milicyjne, to nawet tam, za porucznikiem Borewiczem, wiedziano, że tego nie robi się nie tylko obrączką, ale i długopisem urzędnika.
Ile razy potwierdzamy coś imiennie, a nie nazwiskowo; robimy coś w imieniu, a nie w nazwisku; chodzimy do szkół, na Uniwersytety, pracujemy w zakładach imienia, a nie nazwiska. We wspomnieniach, ale i dokumentach mamy imiona rodziców, małżonków, dzieci.
Powszechne w starożytnym Izraelu imię Maria, stało się dzięki Matce Bożej najpowszechniejszym Imieniem żeńskim świata. W Polsce jednak z uwagi na znamienną powściągliwość najpowszechniejszym jest jednak czcigodne i trafne w każdym pokoleniu Anna. Z męskich, wg statystyk, Piotr. Jest jednak pewien szczegół. Piotr nie jest w zasadzie imieniem, a określeniem funkcji. Zbawiciel ustanawiając apostoła Szymona (jednego z dwu- ja akurat 'podlegam' drugiemu) Namiestnikiem, nazywa Go Petrus- 'skała', na której zbuduje Kościół. Piotr, dziś powszechne imię, znaczy literalnie to samo co 'papież' i bywa tak używane. Szymon zaś, dziś nieco zapomniane, w czasach tamtejszych było najzwyklejszym,  w samej Biblii przewija się bezustannie, od Księcia Apostołów po Szymona czarnoksiężnika, który chciał zakupić 'umiejętności' cudotwórcze, stąd symonia-korupcja religijna. Anna zaś w Biblii pojawia się rzadko, ale czcigodnie, jako Babcia Jezusa i Prorokini  z Jerozolimy. 
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 14. września 2018 r.

sobota, 8 września 2018

Happy Birthday

Witam, 
Gdy bliżej się przyjrzeć, odpowiedź na pytanie: kto świętuje urodziny?, nie jest oczywista. Wszyscy oczywiście uważają, że sam jubilat. Owszem urodziny są stosunkowo ważnym wydarzeniem w życiu człowieka, zdecydowanie zwiększają horyzont pojmowania, ale w sumie nie znów tak całkiem kluczowym. Równie dobrze można obchodzić inne jubileusze, jak np. małżeństwa, pracy zawodowej, i tak się na ogół robi, ale nikt nie obchodzi np. rocznicy pełnoletności, o rocznicy ubezwłasnowolnienia nie wspominając. Urodziny są klasyczną fikcją prawną, domniemaniem początku. Jako, że nawet przy dowodzie ze stron,  świadków, dokumentów i biegłych ustalenie chwili koncepcji nowego, indywidualnego genotypu jest raczej nierealne, przyjęto za wiarygodną chwilę urodzin. Dochodzi do tego pewien niuans kulturowy, poczynanie życia wiąże się na ogół z przyjemnością, a rodzenie z cierpieniem, a przyjmuje się za chwalebniejsze świętowanie cierpienia. Urodziny przyjęto więc za datę wiarygodną, ale jako pewną zdecydowanie od niedawna. Przez wieki, pomijając oczywiście, zajmujące 90 % kontynentalnej powierzchni świata, cywilizacje spoza europejskich zatok Oceanu Atlantyckiego (ze Śródziemną na czele), nasi niedawni przodkowie rodzili się generalnie w określonych porach roku liturgicznego, meteorologicznego, upraw, a i to 'wiosny', którejś od innej, czymś istotnej. Dopiero na ogół sporo po ich śmierci, gdy było to do czegoś potrzebne ustalano w miarę przybliżoną datę urodzin, a i to w miarę potrzeb wszystkich poza zainteresowanym. Nie jest to spostrzeżenie z okresu faraonów, a jeszcze lat 50. XX wieku, gdy wydając wielu mieszkańcom np. Łemkowszczyzny pierwsze dowody osobiste, wpisywano 1. stycznia roku z 'na oku'. Do dziś żyją obywatele RP, którzy mają w zupełnych odpisach aktów urodzenia dwie daty-wg kalendarza gregoriańskiego i juliańskiego (dlatego np. rewolucja październikowa, miała miejsce w listopadzie). Nie podważa w żadnej mierze tez apologetyki, że sam Chrystus Pan urodził się dla świata ok. 6 r. przed Narodzeniem Chrystusa.
Zatem podmiotowo, kto w zasadzie jest najbardziej uprawnionym do świętowania urodzin? Znów okazuje się, że najmniej jubilat, skoro włożył w to najmniej inicjatywy i szczerze mówiąc był najmniej usatysfakcjonowany, w tej przynajmniej chwili. Oczywiście najbardziej uprawniony, jako Dawca wszystkiego, jest Dawca wszelkiego życia, czyli sam Stwórca. W kolejności Rodzice, a szczególnie Matka, gdyż na ogół, w przeciwieństwie do Ojca, jest przy tym obecna. Dzisiejsze Święto Matki Bożej Siewnej-Narodzenia Matki Boskiej, jest więc de facto kolejnym Świętem Świętej Anny i co oczywiste Św. Joachima (choć mniej znanego).
Znane jest jednak na całym świecie, jak wszystkie urodziny znane są w świecie, w którym funkcjonuje jubilat, granice tego świata łatwo wyznaczyć, kręgiem tych, którzy o tej dacie pamiętają, wspomnieniem, życzeniami, bukiecikiem, prezencikiem, smsikiem itp. Rangę urodzin podnosi bowiem z upływem lat satysfakcja świata, który pamiętać chce (bo dla jubilata lat tych, gdy przestaje być za mało, to znaczy, że już za dużo, a gdy ani jedno, ani drugie nie doskwiera, to znaczy, że nie pamięta ile tych jest); dlatego klasyka typowy birthday nazywa urodzinami dla świata, zaś godzinę śmierci-urodzinami dla Nieba.
Z powinszowaniem oby obu Urodzin dla każdego,
Łódź Bałuty, 8. września 2018 r.

niedziela, 2 września 2018

Anna i Symeon

Witam,
Po krótkim wspomnieniu o dniach 'nie wiadomo czego', wspomnę że 'świecki kalendarz liturgiczny' uwielbia imieniny nie wiadomo kogo. Poniekąd zrozumiała jest sytuacja w przypadku imion niezwiązanych z jakimkolwiek Patronem, w końcu imiennik każdego kiedyś jako pierwszy został uznany świętym, a poza tym nie dywagując już o istocie Uroczystości Wszystkich Świętych, o których większości nikomu poza Stwórcą bliżej nie wiadomo, my nie zachód pogański, żeby same urodziny wystarczyły dla 'kieliszka cukierków'. Nowoczesność idzie jednak w jeszcze nowszym kierunku, stwarzając obchody, które znane są wyłącznie wydawnictwom kalendarzyków, redakcjom gazet, portali internetowych, nadawcom radiowym, wskutek czego jednego dnia 'kalendarzykowe' imieniny 'obchodzi' np. 20 osób płci obojga, a jedna może w domu, zagrodzie i samochodzie obchodzić kilka razy w roku.
Na podstawie ustawowej, tj. Martyrologium Romanum opierają się już imieniny najbardziej podstawowe i ponadczasowe, zwane świętami patronalnymi. Z drugiej strony księga ta, wciąż rozszerzana (co patrząc na codzienność może dziwić) nie przekłada się już na możliwości obchodowe (a nie tylko dochodowe), przynajmniej powszechne.
Wczorajszy dzień 1. września kryje właśnie rzymskie wspomnienie bardzo tajemniczej Patronki- Prorokini Anny. Znana jest, poza opisami apokryficznymi, z 3. wersów Ewangelii. W opisie Ofiarowania Pańskiego, świętowanego 2. lutego (pewnie też nie przypadek, że w tym dniu zacząłem notatki tych wspomnień), nie czytamy o spotkaniu Świętej Rodziny z nikim z kapłanów świątyni jerozolimskiej, a z Symeonem. Był mieszkańcem Jerozolimy, przedstawionym jako "prawy i pobożny", który pierwszy rozpoznał w niemowlęciu Zbawiciela. Mimo, że do dziś co dzień przytaczane jest Jego westchnienie Teraz o Panie pozwól odejść..., nic więcej o Nim nie wiemy.
Prorokini Anna natomiast nie jest cytowana w ogóle, po prostu powiedziała wówczas o Bogu wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. Niespotykane jednak, że ta pozornie nieistniejąca w Historii Zbawienia Osoba, bodaj jako jedyna w Ewangelii kobieta opisana jest szczegółowiej niż Apostołowie, we wszystkich przymiotach tamtej kulturze istotnych charakterystycznie. O epizodycznie spotkanej Annie dowiadujemy się, że była prorokinią (jedyna kobieta tak tytułowana w całej Biblii), wiemy czyją była córką, z którego rodu pochodziła, ile lat była w małżeństwie, a co już zupełnie niespotykane (nie wiadomo tego o Symeonie, a nawet Św. Józefie) ile miała lat.
Poza ogólną pobożnością (która w sumie nie dziwiła, było to nieco dawniej niż w średniowieczu), o Jej dziele wiadomo jedno: przyszła do świątyni w tej właśnie chwili. Wejście, a nawet pojawienie się gdzieś w konkretnej i wybranej chwili jest w opisach ewangelicznych podkreślane raczej gdy dotyczy samego Pana, a  tu z jakiegoś powodu spostrzeżono to w jedynych trzech wersach, dotyczących tajemniczej Kobiety. Zważywszy, że 'annah z hebrajskiego oznacza 'łaska', wskazać należy, że najważniejsza jest łaska w odpowiedniej chwili.
Każdemu, niezależnie od dnia Imienin, życzę by trafiać w chwilę, bo większość jest niepowtarzalnych, choć czasem jak wspomniany Symeon trzeba na taką czekać, by nie 'ujrzeć śmierci' nim nadejdzie. 
Łódź Bałuty, 2. września 2018 r. 

czwartek, 30 sierpnia 2018

Trafny wybór-marzenie ściętej głowy

Witam,
Wczorajsze wspomnienie Ścięcia Św. Jana Chrzciciela przypomina jedno z najbardziej sensacyjnych i, w zasadzie pod względem strategii autentycznych i współcześnie, wydarzeń w Ewangelii.
Uwikłany w kazirodzko-szwagierskie 'małżeństwo', bogaty i bezwolny Herod Antypas uwięził Jana Chrzciciela, gdyż wszem i wobec wypominał fakt ten, oczywisty jak tożsamość Bolka, publicznie. Jako człowiek ogólnie życzliwy, ceniący dobre układy i dobrą zabawę, przymknął Go, ale daleki był od eliminacji. Reszta jest w zasadzie powszechnie znana, widowiskowa, aż przeniesiona do literatury i na scenę operową. Libacja z milionerami, silna osobowościowo tetrarchini, taniec Salome, której się ubzdurało bycie królewną, obłąkańcza przysięga Heroda, ścięcie Jana (nie dla zabawy, a intrygi Herodiady- jedynej perwersyjnie przytomnej na 'garden party') i finał z głową na misie, którą jak twierdzą złośliwi, na średniowiecznych obrazach św. Jan całował z czcią. Finał to też nie całkiem, gdyż jak u Breugla, wydarzenie w sumie wstrząsające, nie przerwało na przykład serwowania deserów.
Drastycznie spektakularna uczta zasłania pewien ważny wątek opisany przez Ewangelistę. Otóż kiedy Antypas był trzeźwy i nie uwikłany w imprezowe komplikacje, zaglądał do więzienia, gdyż chętnie słuchał Jana, pomimo że odczuwał duży niepokój ilekroć Go posłyszał.
Kiedy więc bardziej był sobą? Czy gdy w towarzyskim upojeniu, wobec ówczesnego go-go, rozrzucał obietnice, do nieodwracalnej egzekucji włącznie, czy gdy w ciszy i z pewnym zawstydzeniem wolał odczuć niepokój i to duży, ale posłuchać prawdy z ust swego więźnia? Sobą był pewnie zawsze i to właśnie nie tylko jego, ale większość z nas charakteryzuje. Będąc w ciągłym niepokoju- czy euforycznym, czy depresyjnym, słuchał i my słuchamy chętnie głosów stanowczych, gorzej jednak, że z dwojga stanowczości, gdy można wybrać błędną- tę wybieramy. Z banalnej przyczyny, że decydujących wyborów stale chcemy dokonywać w euforii. A, być może, lepiej przetrzymać niepokój i takiego wyboru dokonać właśnie w niecodziennym dla siebie odosobnieniu, z kimś może nawet uwięzionym, ale wolnym, choćby przez to, że jak św. Jan, poza głową nie ma nic do stracenia.
Salome nie była zła, głupia jakich wiele. Antypas nie był zły, był jak my, pragnący prawdy, lecz z przyjemnością oglądania horroru-przez filtr kraty czy ekranu, odważny w otoczeniu uzbrojonych milionerów, ale uzależniony od układów do tego stopnia, że cudze głowy nieraz muszą spaść. Jan był mądry i przewidujący do tego stopnia, że w więziennej piwnicy był wolniejszy niż król na ówczesnym clubbing, ale niestety- wcześniej wystarczyła Mu szarańcza i miód leśny, odwaga na, nie moją przynajmniej, miarę. Herodiada też była mądra i przewidująca, bo gdyby zło było puste jak Salome, nikomu by nie groziło.
I jeszcze jedno odniesienie. Herod, pijany, szarmancki, lecz wrażliwy, posłuchał trzeźwej, chłodnej i wyrafinowanej 'żony'. Rok później trzeźwy, chłodny i precyzyjny Piłat nie posłuchał nieco zdezorientowanej i wrażliwej żony. Obaj w efekcie skazali na śmierć Niewinnych. Być może wspólnym kluczem nie jest sama postawa własna, a nasze odniesienie do doradztwa, do rozumienia autorytetu i odpowiedzialności nie tylko za danie rozkazu, ale też posłuchu. Być może zbyt wiele wiadomo o uczcie Heroda, a mało o jego więziennych posłuchaniach z dużym niepokojem; zbyt wiele o Herodiadzie, a niemal nic, nawet pewnego imienia, o żonie Piłata, która doradzała nieśmiało, lecz wstrząsająco: nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, gdyż we śnie wiele się wycierpiałam z Jego powodu.
Spokojnej nocy,
Łódź Bałuty, 30. sierpnia 2018 r.

środa, 8 sierpnia 2018

Myśmy wszystko zapomnieli... (za Wyspiańskim)

Witam,
Jeśli spytać o Święto przypadające w sierpniu, to starsi będą wiedzieć o Matki Bożej Zielnej, młodsi europejscy o 'wolnym dniu w Matki Boskiej', młodsi pielgrzymkowi o Wniebowzięciu NMP, państwowcy oczywiście o Święcie Wojska i Cudzie nad Wisłą. Świąt wiele, data jedna-15. sierpnia. Teologicznie trzeba oczywiście wspomnieć o Wniebowzięciu, jako najstarszej prawdzie wiary wyłożonej przez Tradycję Kościoła, a jednocześnie najnowszym dogmacie, a także najpowszechniejszym tytule świątyń i parafii katolickich w Polsce.
Ciekawe jednak kto odruchowo wskaże natychmiast jakie (jeśli w ogóle) Święto przypadło niedawno. Ewentualnie może ktoś pamięta o ulicach 6. Sierpnia (w Łodzi np. powstałej na bazie 22. lipca, może żeby też  w wakacje?), ale chociaż ulica, to nie tędy droga. W poniedziałek bowiem przede wszystkim przypadło Święto Przemienienia Pańskiego (Transfiguratio Domini). Nigdy nie wiązało się (przynajmniej w Polsce) z dniem wolnym od pracy, nie jest więc 'świętem nakazanym', ani tzw. 'zniesionym'. Nie znam także (przynajmniej w obyczajowości katolickiej) żadnych przywiązanych doń rytuałów ludowych. Myślę jednak, nie aspirując do żadnych wyłożeń naukowych, że jest to jeden z najbardziej intrygujących obchodów w kalendarzu liturgicznym.
Analizując potocznie ciąg wydarzeń wspominanych przez Kościół, bez Święta Przemienienia Pańskiego doszłoby do Stworzenia, Odkupienia i Sądu Ostatecznego. Kondycja moralna ludzkości także nie znajduje w Przemienieniu jakiegoś szczególnego umocowania. Ważne też wskazać, że jest to wydarzenie bez udziału Matki Bożej, a w zasadzie w ogóle niepubliczne, będące przedmiotem wiary, ale nie wymienione w Symbolu.
Jest jednak wspominane i to w randze Święta Pańskiego (przenoszącego niedzielę w ciągu roku). W mojej skromnej ocenie z bardzo ważnego powodu. Przypomina. Apostołowie byli już pod wrażeniem takiego natłoku wydarzeń nadzwyczajnych: nauczania tłumów, cudów, rozesłania, ustanowienia hierarchii, że najpewniej do tego na swój sposób przywykli. Zakładali już pewnie, w najlepszej wierze, że trwać to będzie, a co więcej, że są tego świadkami. Golgota była jednak już niedaleko, czas więc było przypomnieć, nawet najbliższym Apostołom, a w zasadzie głównie Im, że nie dla raju na ziemi się to wszystko dzieje. Od objawienia w rozlewisku Jordanu, gdy Jezus 'chrzczony' przez Jana, został wprost, gestem i słowem, naznaczony przez Boga, minęło już ponad dwa lata; wskazanie posłuszeństwa zaczęło się rozszerzać pojęciowo na uczniów, przynajmniej w ich samopoczuciu- także na nich. Czas nadszedł by przypomnieć: Kto jest Bogiem, Kogo należy słuchać i Kto jedyny dostępuje prawdziwej Chwały, by niebawem podjął prawdziwą Mękę. Wydaje się, że na drogach Galilei coraz częściej czuli się współuczestnikami znaków, współnauczycielami. Na Taborze wobec samego Boga, w obecności Patriarchów dowiedzieli się, dyskretnie, lecz skutecznie, kim są wobec Boga, Kogo słuchać.
Nie podobna zapomnieć, że sam Zbawiciel będąc Bogiem szedł do Jerozolimy jako człowiek, między ludźmi. Wydarzenie Przemienienia jest drugim spektakularnym spotkaniem Jego między światami. Pierwsze miało miejsce, także ponad dwa lata wcześniej na Górze kuszenia, gdy drogę misyjną próbował rozproszyć diabeł; teraz na Górze Tabor drogę Ofiary umocnił sam Ojciec i wybrańcy Starego Zakonu; trzecie samotne spotkanie światów nastąpi na Górze Oliwnej, gdzie Aniołowie będą podtrzymywać ludzki wybór Boskiego Dzieła. Warto spostrzec, że tylko do tego jedynego ponadczasowego spotkania w czasie Bóg dopuścił ludzi. Głównie po to by unaocznić im, że nawet bardzo ofiarne i pomysłowe starania ludzkie (jak właśnie pozornie niezwiązane z Wydarzeniem stawianie namiotów) są niczym wobec Wszechmocy Pantokratora.
Symetryczne w oglądzie będzie Zdarzenie Wniebowstąpienia, tyle, że tam, po ciągu przeżyć rezurekcyjnych Apostołowie będą już wiedzieć po co przyszli. Pewnie dlatego Przemienienie jest tą przedziwną chwilą przypomnienia pośród codzienności, jak Jego obchód następuje dyskretnie, w środku wakacji. Tak dyskretnie, że i najpobożniejsi mylą Przemienienie z Przeistoczeniem, jak Niepokalane Poczęcie z Dziewiczym Macierzyństwem.
Spokojnego Święta,
Łódź Bałuty, 5. sierpnia 2018 r.

środa, 30 maja 2018

Różnica węgla kamiennego, a kamienia węgielnego

Witam,
25. maja br. norma prawa wspólnotowego, zwana w slangu okołoprawniczym RODO (podobnie jak, np. 'ustawa 447', 'prawo aborcyjne' itp.), zmodyfikowała istotnie, nie tyle nawet krajowy system obrotu danymi personalizującymi osób fizycznych, co odbiór społeczny tego mechanizmu prawnego, a okazuje się bardzo obyczajowego. Częściej np. słyszę i to nie tylko ostatnio, że czegoś nie wolno, 'bo ochrona danych', niż np. 'bo ochrona karna'- o moralnej nie wspominając, podobnie, jak: 'nie rób, bo pójdziesz do kryminału', a nie: 'nie rób,bo pójdziesz do piekła'.
Oczywiście, dla 'środowisk', dla których nawet przepisy dot. energetyki odnawialnej mogą być pretekstem do artykulacji rozgoryczenia uciskiem klerykalizmu, także ten akt wzbudził odruch obronny.
Wiecznie bowiem uciskana rzesza apostatów, odczuła powiew nadziei na nieodwołalne wykreślenie ex libris baptizatorum i ukazanie bezkresnego fałszu, którym ISKK, tak długo jak żył +Ks. W. Zdaniewicz (albo dłużej), mami świat demokratyczny, że Polska jest krajem katolickim.
NSA kolejny raz stwierdził, że treść ksiąg stanu sakramentalnego osób nie należy do kompetencji unormowań świeckich (z uwagi na nieprzenikalność obszarów), ani organów tego prawa ochrony, czy egzekucji. Oparł to rozstrzygnięcie, jak dotąd, na prawie międzynarodowym, polskiej Konstytucji, prawie cywilnym i administracyjnym; nie oparł, jako w tym niewłaściwy, na prawie Kościoła, a zainteresowanych do tegoż odesłał. I od strony legalnej stało się jak powinno.
Warto wskazać jednak na tytułowe nierozróżnienie 'węgla kamiennego od kamienia węgielnego' zawarte in radice w myśli inspiratorów problemu, którego nie ma. Tradycyjnie im komu dalej od rzeczywistości kościelnej (choć z wyjątkami!), tym więcej ma na tej temat do powiedzenia. Tu: wciskając ludziom, mediom, ale i poważnym wszakże organom, absurdalną 'funkcję' apostazji (do niedawna nawet, a może i nadal, luminarze świeckości na miarę Urbana, Palikota, czy sac. dim. Kotlińskiego, w swych publikatorach podawali nawet wzory 'aktu apostazji'). Nie ukrywam, że próby wyjaśnienia stanu prawno-faktycznego tej kwestii w mediach konfesyjnych też wymagały bądź wielkiej wiary, bądź wielkiego rozeznania.
Księga ochrzczonych nie jest bowiem dokumentem statystycznym, obrazującym imiennie liczbę osób uczestniczących w komunii Kościoła. Jest ewidencją aktów Chrztu Św., czyli potwierdzeń przyjęcia Sakramentu jednorazowo i nieusuwalnie, nawet w Wieczności, do takiej komunii dopuszczającego, a i to przez szafarzy Kościoła. Stąd np. ogromna rozbieżność między ewidencyjną liczbą ochrzczonych, a tzw. 'wskaźnikiem dominicantes'. W Księdze tej nie dokonuje się zmian (nie mylić 'poprawek'), dokonuje się natomiast uzupełnień w zakresie statusu w sakramentach i niektórych profesjach jednorazowych (vide: wpis in libri... św. Karola Józefa Wojtyły). Grzech uniemożliwia uprawniony dostęp do pełnej dyspozycji sakramentalnej, ale nie odłącza od raz nabytego uczestnictwa w najszerszej komunii kościelnej, gdyż grzech pierworodny jest jednostkowo nieprzywracalny. Stąd nie ma grzechu, który podlegał by odnotowaniu w Księdze ochrzczonych. Są natomiast grzechy publiczne, które należy odnotowywać w libri statu animarum (pot. kartoteka), która jest pomocą pastersko-administracyjną, a nie bezwzględnym obowiązkiem rządcy miejsca, i ten właśnie dokument podlega regulacjom, które strona kościelna uzgodniła z publicznym Urzędem Ochrony Danych Osobowych. 
Apostazja jest właśnie gł. grzechem (często choć nie zawsze, publicznym), podlega jednak nie jedynie ocenie sumienia, ale i prawa Kościoła, jest bowiem publiczna w naturze, choć nie zawsze upubliczniona (generalnie najpewniej najrzadziej), gdyż wynika ze stanu faktycznego duszy, nie zaś czynności prawnej ('oświadczenie woli'-jak tego chcieli 'obrońcy praw obywatelskich'). Jako jedno z (nie jedyne i być może nie najcięższe) przestępstwo kanoniczne (zbrodnia): 'odstępca od wiary, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa' (kan. 1364 par. 1 CIC), czyli samym czynem staje się dlań zabronione wszystko czym Kościół dysponuje na świecie (kan. 1331), poza jedną rzeczą: uwolnieniem od ekskomuniki. Uwolnienia tego w przykładowych 90% Kościół jednak dokonuje in foro interno. Taki sam jest stan karnoprawny: schizmatyka (tego kto się odłącza od jedności z widzialną Stolicą Świętą), heretyka (tego kto się odłącza od istoty wiary deponowanej  w Kościele) i m. in. zabójcy człowieka przed Jego narodzeniem.
Zatem apostazja nie jest aktem administracyjnym, a zbrodnią, której zdeklarowanie pisemne powiększa jedynie perwersję kryminalną (lub obniża, dowodząc niepoczytalności czynu z przyczyn psychicznych). Na stan kanoniczny apostaty nie wpływa apostazja jako taka, a ściągnięta ową ekskomunika, która zabrania z umocowania Sakramentem Chrztu korzystać, ale aż do zgonu jest zdatna do uwolnienia siłami Kościoła. Księga ochrzczonych nie rejestruje co jest na daną chwilę Osobie zabronione (co byłoby zresztą niewykonalne), a do czego jeszcze jest zaproszony w Kościele.
Z drugiej strony schizofrenią, intelektualną przynajmniej, jest że istnieją 'środowiska' obsesyjnie pragnące ekshibicji swego stanu karnego, podczas gdy w swej naturze człowiek raczej zmierza do utrzymania tego w sekrecie (stąd powszechna w ustawodawstwie instytucja zatarcia skazania).
W tym samym czasie media z uwielbieniem opisywały zmianę stanu cywilnego brytyjskiego księcia Henryka, który zawarł w ichnim, całkowicie laickim sojuszu ołtarza z tronem (jaki ołtarz, taki tron), związek 'małżeński' z p. R. M. Markle. Nie-panna i nie-młoda, prócz uprzedniego 'ustania skutków cywilnych' swego sakramentalnego małżeństwa (co ją w dzisiejszym UK nader nobilitowało: nie dość, że aktorka, to feministka, a nadto rozwódka, o 'poglądach na [wiadome] prawa kobiet' pozwolono sobie milczeć), to równie fasadowo, jak odbyła z księciem 'pierwszy pocałunek', 'wstąpiła' do Church of England. Dokonała zatem publicznej schizmy i w tej samej chwili zaciągnęła, taką samą jak apostaci, ekskomunikę. 
W USA nie obowiązuje RODO, ale pewno coś podobnego tak; jestem jednak pewien, że: księdze ochrzczonych jednej z parafii LA z 1981 AD żadnych stanowczych wpisów nie dokonano, gdyż Chrzest, w przeciwieństwie do ekskomunik, jest nieusuwalny.
Łódź Bałuty, 30. maja 2018 r.