Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de historia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 grudnia 2018

Iugum Tuum est suave et onus leve

Tymi spostrzeżeniami zawartymi w Psalmie, niekiedy do dziś potwierdza się nałożenie słuły przed czynieniem z owej pomocy swej posługi. Stuła bowiem jest jarzmem i ciężarem- z wyboru w pewniej mierze,  wziętym nie dla przyjemności próżnej, lecz dla bycia wszystkim dla Wszystkich.
            Kto nałoży stułę in radice nie nakłada Tej dla ozdoby, przekazuje Tej wstęgami Władzę nie do niego należącą, Władzę Wieczystego Kapłana, którą chciał powierzyć komu tylko chciał.
            Zapomnieliście w swym publicystycznym zapamiętaniu o targowisku próżności motywowanym wspomnieniami o dzisiejszym Jubilacie Henryku Jankowskim, urodzonym w Starogardzie Gdańskim 82 lata temu. o prostej rzeczywistości. Nie był tylko Księdzem (to tytuł kurtuazyjny), nie był tylko Kanonikiem (to miejsce w chórze Archikatedry Oliwskiej), nie był tylko Prałatem (to wyraz Jego jedności  z Kościołem Rzymskim); nie był tylko Beneficjentem szeregu tytułów i odznaczeń Coś ważnego pośród Ziemi niosących.
            Był nade wszystko Kapłanem z Wyboru Pana Naszego Jezusa Chrystusa.
                Opowiadają dziś media, pozoranci życzliwości (Opatrzność wie, że nie wiedzą co czynią), że wiele, ale dla swej miałkiej odpowiedzialności, zbyt mało ‘wiedzieli’ o Księdzu Jankowskim. Pytam o Kim?  O Henryku, którego osiemdziesiąte drugie Urodziny dziś wspominamy, Kapłanie Gdańskim in aetrenum, czy Człowieku, którego Pan postawił na wyzwanie? Spójrzmy, iż                      w Jego Osobie Stwórca przypomina Aarona, który był administratorem Mowy Pańskiej i majątków Pańskich; orężnego, lecz i padającego.
            Chcielibyście wyzbyć z ekspozycji Waszej Stułę posługiwaną przez Księdza Henryka Jankowskiego. Siebie Się wyzbyć pragniecie. Nie pomnicie ile razy ostatnią szansę Pojednania, w Tej lub podobnej Stule Ksiądz Henryk lub Jego Bracia Kapłani dali Waszej Siostrze, Bratu przystępującym do osławionych Spowiedzi w strajkującej Stoczni; nie pomnicie ile odejść przed Tron Boży dokonywało się w objęciach Tej Stuły.
            Nie pomnicie wreszcie, że świat upadający nie przybywał do Brygidy, lecz Świętej Brygidy, nie do Henryka Jankowskiego, a Kapłana Hanryka z ordynacji gdańskiej, nie do jakiegoś tam ‘spotkanka’ lecz do Parafii, czyli wspólnoty Wiernych utworzonej w terytorium.
            Nie dotykajcie Dyrektorze Znaków, które służyły nie tylko Wam.


                        Z ogromnym spodziewaniem Waszej rozwagi (-) Szymon Różycki

wtorek, 4 grudnia 2018

Pamięci Księdza Jankowskiego z Gdańska


Stwórca nie wskazał w Konstytucji dla Ludzkości, zwanej Dekalogiem, Ósme: Nie kłam, lecz: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
            Właśnie fałsz stawia sam Bóg jako krzywdę wobec człowieka na miarę zabójstwa, zdrady, ograbienia. Szczególnie perwersyjnym fałszem jest oszczerstwo, godzi bowiem nie tylko w samego pomówionego, ale też godność dobra, które rzekomo miał naruszyć, a co najgorsze w wiarygodność powoływanych na świadków i samą instytucję świadectwa. Grozę każdego zła podnosi owego nieuchronność; w każdym konflikcie nie ciężko zaatakowani są najgłębiej pokrzywdzeni, a właśnie bezbronni. Grozę każdego zła podnosi też komfort aktualnej bezkarności, przyzwolenia, a już malum pessimum jest czynione w poczuciu spełnienia, godziwej jakoby, misji.
            Te spostrzeżenia budzą przerażenie, sprzeciw i żądanie jawnego dania świadectwa Prawdzie, wynikłe z obserwacji łańcucha zła, które poruszył skandaliczny materiał prasowy, zwany reportażem pt. Sekret Świętej Brygidy. Dlaczego Kościół przez lata pozwalał księdzu Jankowskiemu wykorzystywać  dzieci? autorstwa Bożeny Aksamit, opublikowany pod auspicjami Gazety Wyborczej (Duży Format z 3. bm.), powielony momentalnie ciągiem przekazu medialnego.
            Śp. Ks. Henryka Jankowskiego, kapelana Jego Świątobliwości, proboszcza bazyliki Św. Brygidy w Gdańsku, znałem osobiście. W latach 2002-2003, w czasie swojej ogólnopolskiej kwerendy naukowej związanej m. in. z obszarem styku sacrum  i decorum, spotkałem się z Nim wielokrotnie. Miałem możność spędzić wiele czasu nie tylko na analizach historycznych, porównawczych, socjokryminologicznych, ale też na rozmowach o sprawach społecznych, eklezjalnych, perspektywach miejsca sacrum  pośród profanum. Nie był naukowcem, ale dzięki temu Człowiekiem o ogromnej intuicji problematyki, której poświęcił całe swoje życie. Z pewnością nie byłem prywatnym znajomym pamiętnego Kapłana, choćby z racji 40. letniej różnicy wieku, ale przekonany jestem, że dzięki Jego ogromnej otwartości, bezpośredniości, na miarę nieraz sancta simplicitas, mogę odpowiedzialnie wypowiedzieć się o przymiotach Jego codzienności i prywatności.
            Stąd przede wszystkim, z perspektywy lat, bez jakiegokolwiek wymiernego interesu, nie mając nawet wspólnych, bieżących spraw ze Społecznością Pomorza, stwierdzam że we wspomnianej publikacji mieliśmy do czynienia ze skandalicznym, diabelsko inspirowanym oszczerstwem. Zbezczeszczeniem pamięci Kapłana-społecznika, ojca i gospodarza, obrazą godności kapłaństwa i integralności seksualnej człowieka, przede wszystkim świeckich- z której uczyniono towar medialny i wyłudzeniem wrażliwości społecznej, perwersyjnie drażnionej agregacją incydentalnych zdarzeń z przestępczości i w ogóle nieuporządkowania seksualnego osób duchownych z szatańskim jątrzeniem zawiścią dóbr materialnych.
            Pamiętam księży, pracowników cywilnych i bardzo wiele osób z otoczenia społecznego, inwestycyjnego (był to czas intensywnej instalacji bursztynowej nastawy ołtarzowej) Księdza Jankowskiego, a także licznych gości (interesanci tu także byli gośćmi) ze wszystkich grup społecznych. Z najwyższą stanowczością stwierdzam, że nie dostrzegłem cienia patologicznych inklinacji w Ich relacjach; podtekstów seksualnych, korupcyjnych, czy koteryjnego paternalizmu, a przede wszystkim podtekstów  w ogóle. Tym pewniej mogę to stwierdzić, że Ksiądz Prałat demonstracyjnie wręcz, nie miał nic do ukrycia i, dosłownie wspominam, że przy tym samym stole rozmawiał jednocześnie z wojewódzkim dygnitarzem i kobietą, która przyszła z prośbą o ‘kilka złotych’. Żadnych ‘sublokatorów’ obu płci nie było, dwukrotnie nocowałem w pokoiku gościnnym i nikt mnie nie niepokoił. Alkohol do posiłków codziennych nie był serwowany w ogóle. Owszem Ksiądz Henryk bardzo szanował jakość sprzętów, ubrań, wyposażenia, pojazdów i innych dóbr, ale czynił to z wyraźnym wyczuciem norwidowskiego cóż wiesz o pięknem... kształtem jest miłości. Nie spotkałem chyba człowieka tak uposażonego majątkowo, a jednocześnie tak nieuwikłanego w obawę dobrobytu. Dzielił się z każdym, nie wyliczał, nie wypytywał, po prostu reagował na potrzeby, które się wokół Niego działy. Jakość i piękno traktował jako jeden z darów, które człowiek może od siebie pozostawić przed Bogiem i wyraz szacunku dla człowieka przez siebie spotkanego, podejmowanego. Przy całej perfekcji był jak podkreśliłem niezwykle przystępny i wolny od uprzedzeń, co jak widać stanowiło ułatwienie  w pokusie tym, którzy upatrzyli w Nim cel do żerowania.
            Owszem, w relacjach świecko-towarzyskich był nader swobodny i dosadny  w słowie, ale właśnie dlatego że absolutnie szczery. Przez wszystkie rozmowy, toczone często w bardzo pozaprotokolarnym tonie, nie napotkałem by kogoś zelżył, ubliżył ludzkiej godności, wyraził nienawiść, czy zniżył się do obelżywości, sprośności.
            Autorka zebrała jakieś wyrafinowane fantazmaty na miarę powieści pornograficznych, upstrzyła to kryminogennymi epizodami, intrygującymi ‘szczególikami’, wspominkiem Danuty Wałęsa, in concreto nie noszącymi nawet pozorów zborności i wiarygodności. Tym nie mniej wypraktykowany warsztat dziennikarski ułatwił skonstruowanie chwytliwego zdemaskowania.
            Tak, zdemaskowania, ale czego? Zawiści, że jeden kapłan potrafił ze zbombardowanej ruiny wznieść świątynię znaną i symboliczną na całym świecie, zawiści o to, że ktoś potrafi posługiwać się pieniądzem, a nie pieniądzowi służyć, zawiści o to, że ktoś jest szanowany i podziwiany w ogóle o to nie zabiegając. Bezsilności takiej, że trzeba sięgać do tak nędznych środków by ‘uatrakcyjnić’ słabnący publikator, takiej że dziennikarsko istnieje się nie wobec faktów,  a wobec zjawisk medialnych-jak zapomniany już niemal film W. Smarzowskiego, czy fama pedofilii duchownych katolickich, mająca zakrzyczeć homoseksualistyczną destrukcję Europy.
            Pomnika Księdza Jankowskiego nie wznosili antysemici, miliarderzy, ani pedofile. Wznieśli Ci których kapelanem był od początku, Ludzie solidarni w swojej tożsamości niezależnie od ustroju politycznego, którym sprowadzał chleb duchowy i bytowy w porze strajków i dawał chleb godności gdy polskość zaczęła stawać się pojęciem ‘kontrowersyjnym’.
            Dlatego  z całą powagą przestrzegam- zachowajcie oręż swych ‘poszukiwań prawdy’ wobec tych, którzy przeszukanymi są być w stanie, nie dotykajcie pomników, których przesłania wasza optyka nie dosięga, a przede wszystkim nie czerpcie z rozchwiania tych środowisk, które w niespodziewanej chwili, w razie swej potrzeby, pierwsze staną przeciw wam.
Łódź Bałuty, 4. grudnia 2018 r.

niedziela, 11 listopada 2018

11. listopada 1918 roku w Łodzi

Witam,
Z takim tytułem łączę pewne wspomnienie sprzed 26. lat. W XXIV LO na Bałutach w ramach szerszego zainteresowania historią i wojskowością, pod kierunkiem Prof. A. Jaśpińskiego i R. Ratajczyka przygotowaliśmy w kilka osób, w III. klasie program, który nie był 'akademią', a dziś pewnie określono by to 'prezentacja', czy jakoś tak. Koleżanki przedstawiły coś z poezji, część Kolegów, coś co dziś nazywa się mianem rekonstrukcji, ja z Kolegą z ławki przegląd autentycznej prasy łódzkiej dotyczącej tego dnia. 
Sądzę, że program ten, przygotowany przez nas, ale wymyślony przez Profesorów, pewnie także jako wówczas nowość wobec standardu rutynowych akademii PRL-u, zapadł gdzieś w pamięć, bo Dyrekcja wspomniała ten przy pożegnaniu po maturach.
Ćwierć wieku raptem minęło, a zmieniło się wszystko. Nie było internetu, led-owych efektów świetlnych, muzyka była z kaset, mikrofony jak kij do base ball. Naszą działkę przygotowaliśmy osobiście siedząc w Bibliotece Waryńskiego (pardon... wówczas już im. J. Piłsudskiego) nad rocznikami gazet niedozwolonymi do kserowania, a o aparatach w komórce słyszano raczej w kontekście produkcji bimbru.
Pamiętam dzięki temu np. kim był Bolesław Sałaciński, przez którego Plac przejeżdżam kilka razy w tygodniu. Pamiętam też jednak ważne wrażenie, że choć było to już ponad dwa lata od przynajmniej 'zdjęcia przyłbicy', nadal podświadomie robiliśmy coś co 'już wolno', że 11. Listopada nie jest już datą tajemniczą, o której w domu się opowiada, że tak być powinno, a w szkole trują o 7. listopada, że Ojczyznę wolną pobłogosław Panie..., wreszcie wyraża nadzieję, że raczył już wrócić
Dziś wolno aż do obłędu, dziś nie dość, że nic się nie odkrywa, to media, władze, decorum publiczne prowadzą przez las flag, z każdego głośnika Brygada, Warszawianka, Czarnecki do Poznania. Pięknie, tyle że znowu Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!
Łódź Bałuty, 11. listopada 2018 r.

środa, 7 listopada 2018

Nam nie trzeba Mołotowa, nam starczy Łętowska

Witam,
Requiem za Niepodległość brzmi w tegoroczną Oktawę szczególnie znaczącym Sto lat, sto lat! ... i chwatit' i bolszie nie budiet'. Warto wspomnieć, że dzięki Inter gravissimas Papieża Grzegorza XIII wspomnienie rewolucji październikowej Kościół Zachodni obchodzi w listopadzie (a nawet dziś). Ja jeszcze (nie tak skrajnie przez mgłę) pamiętam w szkole powszechnej idiotyczne obchody na ten temat, kiedy w ramach 'katechezy w szkole' w świetlicy, a czasem i na języku polskim (!) opowiadano dzieciom bzdury o 'sojuszu robotniczo-chłopskim' (coś tak demokratycznego, jak dziś pederastyczno-feministyczny), 'inteligencji pracującej' (dziś podobny oksymoron to 'elity demokratyczne'), ale dla wszystkich większym wstydem byłoby należeć do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej niż nieortograficznie się podpisać. Pamiętam kartkówki z różnicy między flagą ZSRR, a międzynarodowego proletariatu, która polegała głównie na tym, że tej drugiej nie dało się wymówić, a ósmoklasiści mylili już powszechnie z lumpenproletariatem. Cóż dziwnego, dziś mamy flagę UE, która tym różni się od flagi WJC, że tej drugiej nie ma. Tak samo media pierwszej linii: Dziennik TV, Trybuna Ludu, Głos Robotniczy, Polityka bredziły, aż do 1989 o awangardzie klasy robotniczej, 'październikowym przełomie' i wystrzale z Aurory. Znamienne, że w obszarze publicznym dialektyka kontestacji tożsamości i tradycji polskiej i religijnej, bezustanne poniżanie polskiego 'odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego' przed 'światowym ruchem postępowym' niewiele w założeniu różniła się od trendu dzisiejszego. Drwina z polskiej historii, korzeni, Niepodległości w pełnym tego słowa rozumieniu, była standardowym elementem światowości, w ówczesnym rozumieniu świata. Nie istniała oficjalna wersja stanowiska 'Polska to my', obowiązywała 'Polska w bratnim sojuszu krajów demokracji ludowej z wiodącą rolą Związku Radzieckiego'. Z tego sojuszu, jego symboli, podmiotu wiodącej roli żartować nie tylko nie wypadało, za to w najlżejszej, schyłkowej, wersji wylatywało się z obiegu.
Dzisiejsza awangarda de facto niczym w pierwszym oglądzie się nie różni. Polska nadal jest niewyobrażalna jako naprawdę samodzielna. Członkostwo w traktatach gospodarczo-infrastrukturalnych wywodzących się z EWG okazało się, dla bardzo wielu zbyt późno, arogancką kolonizacją przez, równie jak sowiecki, bezideowy, odzierający z tożsamości, surogacyjny wobec Boga, żądający czci pod pozorem demokracji (tym razem liberalnej- też na l). Jedno się zmieniło (unowocześniło)-wiodącej roli nie zapewnia (przynajmniej wprost) sowiecki czołg, tylko ponadpaństwowy, transferowy kapitał. Tak samo uczulenie mediów skierowane jest na 'wrazliwość europejską'. Nie wypada powiedzieć twardych słów o dyktacie brukselskim, metamoralności, kapitałowym odcinaniu kuponów od Pamięci, lansowaniu bezbożności. Wolność słowa, proszę bardzo, ale wobec tego co Polskość stanowi-wobec pamięci naszej, tożsamości naszej, katolicyzmu, rodzinności i rodzimości. Za kontestację unionizmu nikt znów do pierdla nie pójdzie, po prostu jak wyżej-wypada z obiegu. 
Różnica jednak jest tragicznie wyraźna. Za 'komuny' ten dialekt w 90% był bębniony, bo 'musiał', ale nawet głosiciele starali się, poza 10% płatnych zdrajców, myśleć i praktykować inaczej. Dziś proporcje zmierzają ku odwrotności. Niestety jednoznaczne stanowisko: z poszczególnymi państwami UE i nie tylko możemy i chcemy współpracować w setkach spraw, które nas wspólnie dotyczą, ale jak, w parytecie, równy z równym (nie identyczny z identycznym), o ujednoliceniu mowy nie ma. Nie jesteśmy 'wreszcie w Europie', tylko wreszcie sami dysponujemy zdolnością traktatową, tak z Belgią, jak z Gujaną, tak z Hiszpanią jak z Bangladeszem. 
Żaden z traktatów nie nakazuje flagi z gwiazdami stosować jako symbolu oficjalnego, a mimo to niepodobna się z tą nie stykać w polskiej przestrzeni urzędowej, jak z czerwoną szmatą przez 45 lat. Rak rewolucji rozrósł się po obrzeża zdrowych tkanek, gorszej rewolucji- francuskiej, bo tę samą ideologię wdrożyła kanałami burżuazyjnym i libertyńskim, na co wzięcie jest jednak bardziej chłonne.
W tygodniu poprzedzającym dzień żałoby po suwerenności wprowadzono nowy wzór paszportu, symbolicznego niegdyś obiektu marzeń o papierowym potwierdzeniu podmiotowości, suwerennej obecności w świecie. Przez myśl by mi nie przeszło, że profesor E. Łętowskiej, byłej Sędzi Trybunału Konstytucyjnego nie zastanawia Unia Europejska na okładce, ponad Rzeczpospolita Polska, ale wstrząsa 'ignorancja preambulalna' tych, którzy zaprojektowali dewizę Bóg, Honor, Ojczyzna w jednym z recto-verso. Pani profesor zastanawia się czytali preambułę Konstytucji RP, gdzie jest mowa o obywatelach nie podzielających wiary w Boga. Ja się nie zastanawiam, ja wiem, że sama tej preambuły nie czytała dawno, gdyż wprost stanowi o kulturze zakorzenionej  w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu- bez dywersyfikacji. W całej Konstytucji nie spotkałem zapisu bym był obywatelem UE, a jako obywatel RP muszę mieć wpis o tej organizacji międzypaństwowej na okładce paszportu. 
Wiem, że np. R. Biedroniowi, też zgorszonemu, pasowała by dewiza liberte, egalite, fraternite, a W. Mołotowowi bękart traktatu wersalskiego na okładce.
Komu dzwonią, temu dzwonią...
Łódź Bałuty, 7. listopada 2018 r.

niedziela, 28 października 2018

In hoc Signo vinces

Witam,
Lat temu 1706 Konstantyn, zwany później Wielkim starał się zdobyć wreszcie Rzym w konflikcie plemiennym z Maksencjuszem i zdobył Urbs, pokonując Tybr przy zawalonym moście mulwijskim. Zwycięstwo to otworzyło nowożytność polityczną współczesnej Europy przez zjednoczenie zachodniego Cesarstwa i uznanie religii chrześcijańskiej rychłym edyktem mediolańskim. Zjednoczenie Cesarstwa było spełnieniem ambicji i politycznej i realizmu administracyjnego Konstantyna, natomiast uznanie chrześcijaństwa- religii nowej, nieprzystającej kulturowo do zlatynizowanej wersji wierzeń helleńskich, pochodzącej z obrzeżnej z Azją prowincji, traktowanej dotąd jako pretekst do czystek i prześladowań społecznych, zdawałoby się absurdem w koncepcji państwowotwórczej. Konstantyn nie był filozofem, zapewne też nie miłośnikiem futuryzmu cierpienia, nie mógł w koncesji dla chrześcijaństwa upatrywać zalążka sukcesu gospodarczego. Cóż więc mogło się stać? Skoro coś przeciwnego rozsądkowemu oglądowi sprawy, a jednocześnie porażającego sukcesem, zapewne stał się, w umownym skrócie, cud. Wszelkie dane łączą trzy kolejne zdarzenia. Ujrzenie przez Konstantyna na horyzoncie nieokreślonego zjawiska wizualnego wraz z przeświadczeniem o zasłyszeniu głosu mówiącego Mu in hoc Signo vinces, zwycięstwo w trudno obliczalnym starciu, opanowanie Rzymu i uwolnienie chrześcijaństwa (co stało się dopiero początkiem drogi do chrystianizacji rzeczywistości publicznej). Jaki miał być ten Znak, w którym wg Swej iluminacji nabrał pewności zwycięstwa? Tradycja mówi o Krzyżu, także o XP. Oba są wykonalne meteorologicznie na italskim nieboskłonie jesiennego wieczora. W tym nowocześni krytycy upatrują bujdę o wizji konstantyńskiej, że to przecież zwykła astronomia, gra świateł o zmierzchu, zorza, halo etc. Zgoda, Pan Bóg między innymi jest Panem stworzenia, więc nie potrzebuje technologii z festiwalu światła na Piotrkowskiej, bo środki przyrody ma na zawołanie, Pan ma narody wszystkie pod nogami, Jego się chwała wznosi nad gwiazdami jak mówi psalm z dzisiejszych nieszporów. Więc nie temat w tym czy wizja była z promieni słonecznych, laseru czy jodku srebra, temat w tym dlaczego akurat ta? Zórz tego rodzaju wodzowie różni, wcześniej i później widzieli wiele, być może i różne rzeczy zdarzało się im wtedy słyszeć. Cud jest w tym, że Konstantyn ujrzał 'zwykłe zjawisko atmosferyczne', skojarzył owe z Tym Znakiem i uwierzył przekonaniu, absurdalnemu, że w Tym zwycięży. Gdyby przyjechała delegacja Maksencjusza wytargować warunki, gdyby usiadł ze swoimi wodzami, przeliczył wszystko i uznał na zimno 'pewnie zwyciężę', gdyby nawet coś mu pobłyskało i zmęczony dniem pomyślał 'zwyciężę i tyle', nie byłoby w tym nic dziwnego. Wiele sukcesów militarnych opiera się na strategicznej kalkulacji czy ryzyku, ale to oparte było na pokorze wodza. Uwierzył Komuś nowemu, że 'ty zwyciężysz', ale nie własnymi siłami, a w jeśli nawet znanym, to dość pobieżnie, obcym Znaku.
W ten sposób Krzyż przez siedemnaście już wieków jest publicznym Znakiem zwycięstwa, także w sztandarach, orderach. Nowoczesność jednak ma i na to swą diabelską interpretację. Krzyż, dwie przekreślone listwy, często po prostu listewki, bardzo przeszkadza. Niesłychanie potężną siłę musi mieć Znak, w którym nie tyle może już pragnie syty zachód zwyciężać, ale którego niepojęcie się boi. Owszem często jeszcze szczęśliwie gorszy, budzi sprzeciw, gdy ktoś chce usunąć Krzyż z urzędu, szkoły, miejsca pracy. Owszem Krzyża nie ma już w sądach, wielu instytucjach administracji- tam gdzie ważą się sprawy człowieka, nie ma w wielu mieszkaniach, ale dlaczego? To właśnie jest pytanie o siłę Krzyża. Dlaczego bać się w tak stechnicyzowanym świecie nauki dwóch niemal kresek? Przecież jeśli ktoś nie wierzy, że symbolizuje taki krucyfiks narzędzie Męki Zbawiciela, to i tak nie ma dlań znaczenia, a jeśli wierzy, komu taki 'zabobon' miałby przeszkadzać? A tym, którzy szczytów poznania nie osiągają, bo 'wierzą i drżą' (jak ci wspomniani niedawno przez Prezesa 'różni szatani'). Spotykam sędziny z pierścionkami atlantów, urzędników z czerwonymi sznureczkami, nie uważam za powód uznania, ale w sumie 'głupota nie boli'. Pamiętać jednak trzeba, że Konstantyn całej teologii Krzyża również nie znał, a uwierzył. Krzyż ma w sobie siłę, w zwycięstwo której, jeśli nie wiara to intuicja buduje respekt. Jeśli dziś nie chce się Krzyża w przestrzeni publicznej, artystycznej czy edukacyjnej to dlatego, że podświadomie tkwi obawa, że ktoś w Nim zwycięży, zwycięży z tymi którzy nie chcą, a więc bitwa o most mulwijski trwa co dzień. Co dzień nie tylko ktoś żywi przekonanie, że jego zwycięstwo jest w Krzyżu, ale wielu żywi złudne przekonanie, że mogą wygrać tam gdzie Krzyża nie ma, choćby miał być to cmentarz. Tylko jaki znak nadnaturalny ujrzą na horyzoncie jako ostatni?
Łódź Bałuty, 28. października 2018 r.

piątek, 26 października 2018

Przy tobie najjaśniejsza pani stoimy i stać chcemy

Witam,
Litery zwykłe, więc proszę nie sądzić, że aluzja do trwających nabożeństw październikowych. Aluzja, a raczej reakcja na dance macabre wokół iluzji niepodległości. We wspominanym niedawno znamiennym weekend umknęła mi pewna ważna data. 20. października minęły 152 lata od wydania przez Cesarza Austrii Franciszka Józefa I aktu zwanego dyplom październikowy, napisanego ponoć przez europejsko nastawionego Polaka hrabiego Agenora Gołuchowskiego. Pozwolił tenże akt na sprawowanie władzy w całym Cesarstwie (ówczesna, tyle że nowocześniejsza, bo mająca osobowość prawną, UE) z pomocą Sejmów Krajowych. Dla Galicji, takie ówczesne 'Cesarstwo drugiej prędkości', Sejm taki urzędował we Lwowie i najogólniej mówiąc zajmował się prawodawstwem krajowym. Prace rozpoczynał jednakże od adresu kierowanego tam gdzie jest władza prawdziwa, czyli do cesarza.
Rocznicę tę jak wiadomo Trybunał obecnego Cesarstwa uczcił ordonansem przeciwko Rzeczpospolitej. Nie wzbudziło to, jak mniej więcej Powstanie Styczniowe w Galicji, większych niepokojów w Kraju tutejszym. Ozwały się wręcz entuzjastyczne głosy, jak w okupowanej Wielkopolsce, że 'takiego porządku jak za Niemca to jednak nie było'. Różnica jest jednak w tym, że wtedy była okupacja (kiedy jak niektórzy mawiali do ruchu oporu nie należeli, bo u nich nie było wolno), a teraz jest standard nowoczesny: wkupacja, nikt nas nie musi okupować, sami żeśmy się wepchnęli, bo elektrycy nie geolodzy powiedzieli gdzie jest Europa. Ciekawe zresztą, skąd tak naprawdę wzięto uprawnienia do swawoli posługiwania się nazwą kontynentu, którego centrum wg obojętnych politycznie geometrów (od mojego imiennika Sobierajskiego) leży zagłębiu disco polo pod Białymstokiem.  Prezydent Duda równolegle pozwolił sobie jednak na anegdotkę w salonach cesarskich w Niemczech o żarówkach i brexit. Niestety nasze aktualne Agen... ory, deputaci Borusewicz, czy Tusk, wyrazili zaniepokojenie aż taką niefrasobliwością w ocenianiu Unii i trwogę o konsekwencje. Też się przeraziłem, w końcu Rzeczpospolitą, w ramach wolności słowa, działalności artystycznej i innych priorytetów znieważać wolno choć raz dziennie do sytości, a Unia wszakże będąca umową, a nie podmiotem nie zasłużyła na żarty Prezydenta RP. 
Prezydent zbyt widać przejął się rozmową ze swoim odpowiednikiem w Niemczech, który nawet jak żartuje nikt nie transmituje, chyba że Jego skype prywatny, bo opowiadał o żarówkach, zamiast wypowiedzieć do Cesarz (czy tam Kanclerz) adres jak w tytule, za Sejmem Krajowym z roku 1866.
Trzymajmy się jednak prawdy. Nie ma niepodległości, więc międzynarodowo nie ma państwa, jest prawo krajowe, jak śmie mówić uzasadnienie ordonansu, więc jest Kraj, może zatem jak pisałem wciąż tożsamość. I to bardzo dużo, bo do Kraju tego, gdzie kruszynę chleba, podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów Nieba, gdzie pierwsze ukłony są jak odwieczne Chrystusa wyznanie, bądź pochwalony, tęskno mi Panie, wspominał C. K. Norwid w tamtych latach.
Łódź Bałuty, 26. października 2018 r.

piątek, 19 października 2018

Miliard w Środę, miliard w głupotę

Witam,
Dziś 34. Rocznica zamordowania Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Wydarzenie powszechnie znane, a jednocześnie nigdy zapewne znanym naprawdę być nie mające. Ja np. z wydarzeń publicznych do nauczania początkowego, pamiętam Je (i transmisje z procesu w Toruniu) jako jedno z trzech, obok stanu wojennego i katastrofy w Czernobylie; przy wyborze Jana Pawła II byłem bowiem, już nieco przerośniętym, ale jednak zlepkiem komórek. Analizowanie historiografii i historiozofii tej zbrodni wykonują znaczniej do tego powołani, jednak spojrzę nieco z dystansu.
System kierowany przez KPZR dogorywał i nie miał innego wyjścia. Pozostawał konflikt nuklearny, ale nie brano już tego realnie pod uwagę. Rysował się problem znacznie poważniejszy. Ratowania się kto może. Dogorywał system, dogorywała część pobreżniewowskich towarzyszy, ale w sile wieku lub na dobrym starcie, w ZSRS, autentycznych satelitach (NRD, Rumunia) i terytoriach zależnych (gł. Polska) była rzesza zakorzenionych w tym bagnie, ale chętnych do wypłynięcia w nowej niewiadomej. Głównym arsenałem nie były już wyrzutnie, a polityczne służby policyjne, bo jak 8 lat później pokazał W. Pasikowski w Psach "jezuitów nie zatrudnią". Teczek, pseudonimów, kontaktów nie zaczęto zacierać, a przede wszystkim przekształcać, po 'upadku muru', '4. czerwca' i innych symbolach dla Szczepkowskich, a wtedy, po bankructwie stanu wojennego, w realiach katastrofy elementarnego bezpieczeństwa rynku wewnętrznego. Zabójstwo Ks. Popiełuszki nie było jakimś gigantycznym aktem terroru komunistycznego, nie było nowym Katyniem, procesem szesnastu czy Nila, z Kuklińskim nie zdążono. Było zbrodnią sfrustowanej, skłóconej i ogłupiałej SB, która wiedząc, że sami już się nie obronią, że za lat parę wrócą na swoje ulice, osiedla, wsie, co najwyżej jako milicyjni emeryci, a nie żadni specjalni agenci, zaczęli pozbywać się tych, którzy są na co dzień z tymi ich przyszłymi sąsiadami. Nie zabito Wałęsy, Kuronia, Mazowieckiego, Olszewskiego czy Macierewicza zresztą też, wszystkich ich kalkulowano jako przyszłych 'nowych panów'- kto się okazał nowym, a 'ludzkim', dziś wiadomo. Nie było zamachu na kluczowych biskupów i zwierzchników zakonnych, gdyż precedens Agcy to już uniemożliwiał. Zamordowano bł. ks. Popiełuszkę, Zycha, Suchowolca, ludzi Kościoła, którzy z ludźmi wszystkich klas byli, a jednocześnie wiadomo było, że z Państwem, jakie by nie było, będą zawsze w pewnym rozdziale. Bezwład mechanizmu tej zbrodni wykazała nawet Jej amatorszczyzna i rzucenie przez wyższych morderców (Kiszczak, Ciastoń, Płatek) niższych (Pietruszka, Piotrowski, Chmielewski, Pękala) masom na pożarcie.
Gdzie tu jednak męczeństwo za wiarę? Zdałoby się, przy pięknych intencjach, zwykła rzeź jak u rozkładu wszystkich reżimów. Tak zresztą kwestię tę wiele lat przedstawiano i beatyfikacja dzisiejszego Patrona nie była wcale oczywista. Pierwszym, który rozumiał tu głębię chrześcijańskiej Martyrologii był największy Prymas powojenny śp. Kard. Józef Glemp.
Księdza Popiełuszkę zamordowano bowiem nie za działalność opozycyjną, nie za budowanie polityczno-duchowego mostu dla katolicyzmu nad pogorzeliskiem komuny (prędzej zabito by śp. Ks. Jankowskiego), a za przekraczający wytrzymałość nawet bezdusznego aparatu Apostolat Prawdy i nabożeństwo dla Drogi Krzyżowej, czytelne w każdej Jego homilii. Ksiądz Popiełuszko nie miał przymiotów Zwycięzcy, nie powalał bezpośrednim charyzmatem, porywem słowa czy straceństwem odwagi. Po prostu nigdy nie uważał kompromisu, ani za cel, ani nawet środek. Zamiast powiedzieć do słuchu by porwać, wolał powiedzieć przebacz im, bo nie wiedzą co czynią. Nie musiał mówić 'co rozumie pod pojęciem prawda', bo dla Niego Prawda była Prawdą, a nie pojęciem.
Dlatego z pewnością jest Męczennikiem za wiarę, że przedstawił w skromnej postaci, Chrystusa, który Sam określił się: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem... choćby i umarł żyć będzie.
Bądźmy realistami, dziś do protestów społecznych, pracowniczych nie potrzeba księdza, Mszy w zakładach, spowiedzi na fabrycznych dziedzińcach. Dziś nie walczy się z władzą, a o władzę, nie walczy się o prawdę, a o pieniądze. Taka jest właśnie skrajnie bolesna prawda: Popiełuszko zrobił swoje, Popiełuszko może odejść. Wałęsa, który 34 lata temu wykrzykiwał ostrzeżenia tym, przez których 'choć włos z głowy Księdzu Jerzemu spadnie", dziś nie musi się nawet martwić o włosy Kijowskiego. Michnik, który szwendał się za Księdzem Popiełuszką udziela gościny na swych po-łamach profesor Środzie (etyczka za przeproszeniem), która z proporcjonalną sobie lekkością bredzi o kapłanach niezłomnych: Popiełuszko Popiełuszkiem, a pedofil kościelny pedoflem kościelnym.
Sądzę jednak, że zgodnie z zasadą Tertuliana, iż semen est sanguis christianorum niejednego jeszcze Bł. Jerzy uprosi dla Polski, gdy renegaci Wałęsów i Śród znów zaczną się i wokół zabijać o przyszłe stołki.
Łódź Bałuty, 19. października 2018 r.

wtorek, 16 października 2018

Post quadragesimos annos

Witam,
Fakt, że 40 lat temu Metropolita Krakowski Karol kardynał Wojtyła został wybrany na Biskupa Rzymskiego, jako Jan Paweł II przez 26, 5 roku był Piotrem Swych czasów i czczony jest i będzie jako Święty, jest oczywisty powszechnie. Z tej dziejowej i ponadczasowej rzeczywistości ludzie, instytucje i społeczeństwa wysnuwają, każdy na swój sposób, miliony konotacji, czyniąc Św. Jana Pawła II po części swą własnością, w czym nie ma nic zdrożnego, rozszerza bowiem przesłanie Jego biskupiego motto Totus Tuus, odnoszącego się wprost do Matki Bożej, która wszakże od początku do dziś i na wieczność jest właśnie Człowiekiem. Fakt, że ten konkretny przełom miał miejsce w życiu Świętego 16. października 1978 r. jest wydarzeniem w dacie i niczym szczególnie więcej, papiestwo Biskupa Krakowskiego ma takie samo znaczenie dziejowe wczoraj, za miesiąc, czy w innych dniach 'nieokrągłych', ale jubileusze porządkują ośrodki pamięciowe, co znający ludzką neurologię Stwórca podkreśla już od czasów Wyjścia.
Na pewno nie zamierzam powielać, kontestować, ani ingerować w refleksje, wspomnienia czy podsumowania bardziej do tego powołanych, jedynie zwrócić uwagę na pewne szczegóły, które myślę warto brać pod uwagę w rozwadze świętości tego Człowieka współczesnego. Czy został święty? Nie, święty był całe życie, jak miliardy innych ludzi dziejów, lecz w sposób tak spektakularny, że o powszechne, imienne i bezterminowe wspominanie nie tylko Jego, ale Jego Świętości dopomniano się niezwłocznie po przejściu do wieczności. Czy święty został za coś-cuda, zasługi, postawę, męczeństwo? Też nie. To Jego, jako Świętego, ludzkość swoich i przyszłych czasów, otrzymała po coś. Męczeństwo pogranicza przedwczesnej śmierci po postrzale terrorysty, wieloletnich zespołów chorobowych, ale także męczeństwo bezsilności doraźnej, bycia najpotężniejszym Człowiekiem doczesności, którego przesłanie (będące przesłaniem Boskim dla współczesności) miało minimalne przełożenie na codzienność ludzkości. Nie można ulegać iluzji, że Papież z Polski zmienił cały świat. Owszem, jako jeden z mężów stanu, uczestniczył w dziejowym przełomie końca zimnej wojny, ale przełom ten miał głównie inspiracje ekonomiczne i konsumpcyjne. Upadkowi komunizmu i 'jesieni ludów' przydał się Papież, Kościół już jako 'dobrodziejstwo inwentarza', ale czy Chrystus i Dekalog? Tylko o tyle, o ile są na wzór i podobieństwo nowoczesności. Nie można ulegać iluzji, że ca 130 krajów odwiedzonych, kosmiczne odległości przeleciane, setki milionów na stadionach, słuchających (bardziej słyszących) homilie to Kościół Apostolski, te same kraje, miliardy to też korupcja, mafia, terroryzm, dehumanizacja partnerstwa, rodzicielstwa i seksualności, przemoc fizyczna, psychologiczna i ekonomiczna, puste świątynie, degeneracja nauk spekulatywnych, a przede wszystkim redukcja tożsamości człowieka do czasu jego postrzegalnej tożsamości. Męczeństwo to nie to samo co cierpienie, męczeństwo za wiarę znamionujące świętość, to nie to samo co każde cierpienie z przesłaniem i czytelną alienacją od konkurencji interesu. Męczeństwo za wiarę to dostrzeganie Sensu w bezsensie, to to o czym mówi Św. Jan Chrzciciel, jestem głos wołającego na pustyni. Tej Świętości potrzebował świat i my, względni rówieśnicy tego Pontyfikatu najbardziej, że można dawać świadectwo trwałości, pewności, wierności przekazowi, którego niemal nikt zdaje się nie słuchać, nie zamierza praktykować, że w milionach chcących 'zobaczyć Papieża' widzi się pustkę dziś, ale być może pełne Niebo, za tyle lat, o których liczbie wie tylko Ojciec? Św. Jan Paweł II nie został kanonizowany jako męczennik, tylko wyznawca, pewnie dlatego, że Męczennikiem był całe życie i stało się to męczeństwo treścią wyznawstwa. 
Znów trzeba przypomnieć, że to ćwierćwiecze pontyfikatu to wyznanie wiary Kościoła, w Boga, w Człowieka (choć Obaj są obiektami wiedzy), ale też, co rzadziej zauważamy, wiary w Kościół. W Kościół, którego bramy piekielne nie przemogą, ale tak się poszerzyły, że Kościół z coraz mniejszym dyskomfortem się w nich, coraz mniej zauważalnie, 'pomieszcza'. Św. Jan Paweł II był bardzo ścisłym analitykiem filozofii doczesności, bardzo przenikliwym artystą, bardzo zrównoważonym dyplomatą. Wyznawał wiarę w unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam tak silnie, że przekraczał Nią zawężenie postrzegalnej religijności codziennej do kilku mikroregionów świata, laicyzację życia akademickiego, dechrystianizację systemów międzynarodowych, demencję sakramentalną ludzkości. Pozostawił Testament Eklezjalny dla przyszłości narodów, o których po ludzku mógł nie wiedzieć (a może wiedział?). W Katechizmie Kościoła Katolickiego, Kodeksach (obu obrządków), Pastor Bonus, Universi Dominici Gregis, Fides et Ratio, Dominus Iesus, Redemptoris Custos, Slavorum Apostoli... Ten Testament mógł dopisywać potęgą misji ponadczasowej Ojciec Św. Benedykt XVI, tym Testamentem żyje pośród wyzwań współczesności współczesny Pontyfikat Papieża Franciszka.
Tajemnicą Stwórcy pozostaje, że Św. Jan Paweł II nie skorzystał nigdy z uprawnienia dogmatu o nieomylności definicji. Nie ogłosił, 'brakującego' moim zdaniem dogmatu o Miłosierdziu Bożym, którego cześć jest dziś najpowszechniejszym w świecie nabożeństwem Kościoła. Dał tym jednak przykład heroizmu w pokorze wobec wieczności Kościoła, iż Papiestwo liczy ponad dwa tysiące lat, a nie 26 i pół, że Piotrowie kolejnych czasów wypowiedzą i zdefiniują jeszcze bardzo wiele. My już wiemy, że przyszło żyć za Pontyfikatu Świętego, lecz Roma locuta (non Pontifex locutus) causa finita.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 16. października 2018 r.

czwartek, 11 października 2018

Hasło uniwersalne

Witam,
Od podwórka do Komitetu Noblowskiego i od pyskówek do debat fundamentalnych karierę robią hasła uniwersalne. Tak wnikłe w dyskurs, że jako hasła, poza respektem nie niosą już dla kolejnych pokoleń żadnej konkretnej treści, a przy tym są właśnie uniwersalne, czyli równie operatywne dla wszystkich wypowiadających się. Wiele z takich często wypominam, ze złudną nadzieją, że ograniczenie tych stosowania do przedłożenia na temat, w znaczeniu partykularnym przywróci wartość, a podniesie sens przekazu. Nie o to jednak zapewne szczególnie chodzi, gdyż cudownie jest obracać demokracją, tolerancją, dobrobytem, sprawiedliwością, Europą, anty-... i ...-fobią etc.
Dzisiejsza rocznica przypomina jeszcze jedno hasło uniwersalne, nieco może zakurzone, gdyż mało kto pamięta od czego się wywodzi, ale tym bardziej już hasło i tym bardziej uniwersalne. Chodzi o sobór. 56 lat temu bowiem Ojciec Św. Jan XXIII otworzył Drugi Sobór Watykański, który trwał w sesjach trzy lata. Był to pierwszy i jedyny cykl zjazdów i składania materiałów do zbiorowej wypowiedzi Kościoła, biskupów całego, w założeniu, świata, po światowej wojnie. Jedyny po sformalizowaniu podziału świata na domenę amerykańską i sowiecką, po ustatuowaniu tzw. trzeciego świata w miejsce ziem kolonialnych i misyjnych, po kapitalistycznej redefnicji neoimperiów islamskich, a co pewnie najważniejsze dla Kościoła, w którym Sobory się odbywały: jedyny od formalnego usankcjonowania ateizmu i indyferentyzmu jako konstytucyjnej tożsamości publicznej części świata.
Nie podkreśla się jednak zbyt często, że był to jedyny zjazd biskupów dosłownie całego świata (oczywiście w realnych proporcjach), jedyny z użyciem lotnictwa cywilnego, po upowszechnieniu łączności telefonicznej i względnie nowoczesnych technologii, ostatni przed komputeryzacją i technologią internet. Ta właśnie obserwacja stawia znak zapytania- czy nie był to ostatni sesyjny Sobór w dziejach? Wszakże dziś sobór, o tych samych zadaniach co Watykański II, czyli debaty i formułowania myśli Kościoła w realiach zadawanych przez współczesność niesubordynowaną eklezjalnie, trwa cały czas. Papież, żeby zobaczyć biskupów z Australii (i vice versa) wystarczy jeżeli posłuży się technologiami a la skype, a wymiana schematów w konkretnych sprawach od Pretorii do Vancouver odbywa się na miarę prędkości myśli, a nie wyrobienia paszportów i zapewnienia noclegów dla trzech tysięcy starszych ludzi z całego świata. Prędzej zadałbym pytanie czy formuła konklawe zjazdowego jest nienaruszalna, niż czy odbędą się kolejne Sobory w Ich tradycyjnym rozumieniu.
Ten sprzed pół wieku jednak się odbył. Jego dorobek jest równie przeceniany, co niedoceniany, równie budzi euforię, jak zgorszenie. Przede wszystkim jednak, mimo kilometrów rozważań, we względnie powszechnym odbiorze, pozostaje absolutnie nieznany. Jeżeli jeszcze komuś młodemu hasło sobór mówi coś poza byciem hasłem, to wydaje się ograniczać do odprawiania 'przodem do ludzi', pominięcia łaciny w codzienności kościelnej i zrównania katolicyzmu z innymi 'wyznaniami'. Czyli mówiąc wprost, aspektów w ogóle z dokumentów soborowych nie wynikających. Jest to idealnie to samo, co hasło 'demokratyzacji' w polityce, z demokracją nie mającej wiele wspólnego. Dziś nikt nie zauważa, że Vaticanum II nie zmodyfikowało, ani nie rozszerzyło w żadnej mierze nauczania Kościoła co wiary i moralności, nie zmieniło odwiecznej Liturgii Kościoła bardziej niż ulegała zmianom przez dwa tysiąclecia, samo w sobie nie zmieniło istoty tożsamości Kościoła i bycia poza Kościołem.
Nie ma Kościoła 'przedsoborowego' i 'posoborowego', gdyż co wynika z samej obserwacji Sobór odbył się w Kościele, zebrał, przeanalizował, zsyntetyzował myśli ludzi Kościoła sobie współczesnych, które formułowali, na podstawie swej wiedzy i doświadczenia w czasach wiele lat przed Soborem, a przemyśliwane są wciąż przez ludzi, którzy w większości w czasie obrad sesyjnych nie byli jeszcze nawet narażeni na limbus puerorum. To co obserwują reakcyjni krytycy Soboru- rozprężenie rytów, labilność doktrynalna, imperfektywność prawna, kompromis wobec postaw sekularnych, bezsilność wobec publicznego ateizmu, czy to co krytycy progresyjni- oddalenie Autorytetu Kościoła od codzienności społeczeństw, nieugiętość wobec zawsze istniejących, a pomijanych w oglądzie zjawisk różnorakości postaw seksualnych i partnerskich, elitaryzm duchowieństwa, nimb tajemniczości wokół dóbr doczesnych instytucji kościelnych, nie są żadnymi skutkami, czy winami Soboru. Są to zwykłe transparencje zawsze istniejących problemów rzeczywistości Kościoła wojującego, w równoległym Soborowi czasie rewolucji technologicznej szybciej, łatwiej i prężniej wychodzące na jaw, także w codzienności religijnej.
Sobór w Konstytucjach, Dekretach i Deklaracjach sformułował szereg myśli, interpretacji i wskazań co do sytuacji społeczno-eklezjalnej, na dziś pewnie już nieco archaicznych, nie zmienił jednak przede wszystkim Słowa Bożego, gdyż nikt Go zmienić nie może, nie zmienił Magisterium, gdyż wyraźnie nie miał takiej woli, nie zmienił Prawa Kościoła, gdyż nie czuł się do tego powołany. Był, czego pewnie nie zauważamy, ostatnim przedinternetowym powszechnym forum Kościoła- i to pewnie Jego najdonioślejsze osiągnięcie.
W dzisiejszą rocznicę wspomina się, wyjątkowo nie w rocznicę ziemskiej śmierci, protagonistę Soboru Papieża Jana XXIII, który beatyfikowany został tego samego dnia 3. września 2000 r. z Papieżem Bł. Piusem IX, autorem Syllabus errorum, głową ostatniego Soboru dogmatycznego Watykańskiego I. Nie tylko w tym symbolu przenika do myśli heretyczność koncepcji Kościoła przed- i po-. Także w trwałości bardzo ważnego przepisu:
kan. 1372: Kto od aktu Biskupa Rzymskiego odwołuje się do soboru powszechnego powinien być ukarany... (Kodeks z 1983 r., por. can. 2232, Kodeks 1917). Nie chodzi tu tylko o iluzoryczną próbę zwoływania soboru dla podważania orzeczenia papieskiego, ale o ocenę takowego przez pryzmat (i prymat) tekstów soborowych.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 11. października 2018 r.

piątek, 5 października 2018

Ubóstwo to nie dziadostwo

Witam,
Wczorajsza Uroczystość Św. Franciszka z Assyżu, wieńczona unikalnym nabożeństwem Transiti, 'przejścia'-jak tradycja nazywa śmierć tego Świętego przed niemal 800 laty, przypomniała Jego Postać, dorobek i przesłanie.
Postać ciekawa- ówczesnego oligarchy, rycerza, który nie ukrył się przed kłopotami pod pozorem nędzy, a po przejściu kilku wielkich doświadczeń duchowych świadomie dokonał radykalnego wyboru ryzyka ubóstwa mającego Cel. Narzuca się, przynajmniej dla mnie, podobieństwo do względnie współczesnego Św. Adama Chmielowskiego- Brata Alberta, założyciela jednego z porządków Zakonu Franciszkańskiego- Albertynów. Dorobek ogromny, wystarczy zasygnalizować, że po 8. wiekach, z grupki zgromadzonej wokół umierającego 45-latka- wiek wówczas mocno średni, istnieje najliczniejsza i najszerzej aktywna na świecie rodzina zgromadzeń zakonnych. Nie tu miejsce jednak na biografię. Przesłanie wydaje się także bardzo znane, lecz tym razem zwrócę uwagę, że nieco na siłę zniekształcane. W pobieżnym oglądzie miałoby brzmieć: bieda, bieda... i tyle. Jest to interpretacja najbardziej wygodna dla niezbyt kształconych zazdrośników, którzy widząc mercedesa u księdza, zbywają haslem, a gdzie franciszkańskie ubóstwo?, zamiast powiedzieć wprost: "też bym tak chciał", ale wtedy na kim by się poprzeć? Otóż instrument przesłania Św. Franciszka jest znacznie bardziej wymagający, jest nim Ubóstwo, czyli powściągliwość, do granic słusznej potrzeby.
Dziś jest moda na ubóstwo nowoczesne, czyli pewien przepych biedą, oczywiście odpowiednio wygodną. Ulega mu także część kręgów Kościoła, dbająca o to by skromność była tak dbale podkreślona, by potrzeba na ową było wcale nie skromnych środków. A zasada franciszkańska widoczna jest choćby we franciszkańskich świątyniach- jakość i prawdziwe piękno poświęcone Bogu trwale nie ustępuje najświetniejszym bazylikom Rzymu, lecz zakonne domy, stroje, wyposażenie, pojazdy poprzestają wciąż na tym co w Porcjunkuli- co danym czasom konieczne. Nie dlatego Św. Maksymilian Kolbe mógł ewangelizować Japonię, założyć Niepokalanów, być prekursorem myśli o katolickiej telewizji by na to nie miał, ale że miał właśnie na TO, a nie na wszystko inne. Miał na to, co w danej chwili potrzeba, gdy potrzeba było samego życia, miał Je do dyspozycji. Nie nędzarze wydźwigną nędzarzy, lecz zasobni w to co umieją rozdzielić, a nie roztrwonić, dlatego Dzieła Św. Antoniego, wciąż tak efektywnie służą najbardziej potrzebującym całego świata. Nie ci którzy rozkładają duchowe ręce w pustce duchowej uratują sumienia, ale ci którzy we franciszkańskich konfesjonałach całego świata, mają co wraz z rozgrzeszeniem tymi rękoma przekazać. Nie głupcy podniosą naukę, lecz ci którzy erudycję mają wystarczająco uporządkowaną by od Św. Bonawentury, po dzisiejsze szkolnictwo franciszkańskie tę udzielać. Wreszcie nie ci szafarze będą udzielać posług wg słuszności, którzy stypendia sakramentalne muszą przeliczać na akcyzę za paliwo. Ubóstwo daje odwagę, gdy można zdać sobie sprawę, że wróg nie zabierze mi nic ponadto, z czym i tak nie wiążę od dawna osobistych przywiązań, może jednak niegodziwie to zagospodarować, stąd bronić będę, ale już nie dla siebie. Ubóstwo umacnia ufność, a nie łatwowierność, z prostego przeliczenia- skoro wbrew światowej kalkulacji jeszcze daję radę, to znaczy, że gdy nie rozmienię się na drodze słuszności, to najpewniej póki jestem potrzebny, dam nadal. Stąd wielkie znaczenie ma, że wczorajszy obchód kontynuuje dzisiejsza Uroczystość Św. Faustyny, która piórem najprostszej zakonnicy przeniosła na cały współczesny świat suplikację dzisiejszości Jezu ufam Tobie!
Ubóstwo bowiem jest bardzo drogie, najkosztowniejsze jest dziadostwo, które z niczym kończy, choć przemiela miliony.
Pokoju i dobra życzą Franciszkanie całego świata, by nie były to puste słowa, nie potrzeba biedy, potrzeba najuboższej powściągliwości przy najpoważniejszym zasobie. Osiem wieków zakonu Braci Mniejszych przypomina zapowiedź Pana, że tego kto okazał się wierny w rzeczach małych, nad wielkimi postawię.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 5.października 2018 r.

piątek, 21 września 2018

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody, odsyłać konie gości Żydom do gospody

Witam,
Tymi i wieloma innymi słowy komplementował Sędziego Wieszcz Mickiewicz w Panu Tadeuszu. Problem w tym, że było to 200 lat temu, a już uchodziło za resztki szlacheckiej świetności.
Dziś zewsząd wzniosłe słowa i symbole o 100-Leciu Niepodległości, tyle, że kiedy Ona była ? Między 1926 a 1939- i już protoplaści Nord Stream 2 'unormowali bękarta Wersalu', zdarzały się próby po 1990, ale nigdy tej Niepodległości nie osiągnięto. Trwa nadzieja od jesieni 2015 r., ale resztki mrzonek o UE jako sojuszu ekonomicznym zostały ostatecznie rozwiane. Trudne do uwierzenia było to, że suwerenność nie będzie obalana zbrojnie, narzędziem walki z tożsamością Państwa stała się hasłowo-dosłownie rozumiana Mazowiecko-Kwaśniewska Konstytucja i, co przerażające, iluminacja sądownictwa. Najbardziej apolityczny i na swój sposób oddemokratyzowany filar suwerenności okazał się nie trzecią władzą, a piątą kolumną.
Dosłownie Konstytucja mówi, że żadnych złudzeń, brak stanowczości o Niepodległości, za art. 5 RP strzeże niepodległości, ale czyjej? za art. 2 jest państwem prawnym (jak wszystko), ale nie państwem Prawa; za art. 7 Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. SSP M. Gersdorf nie jest już organem żadnej władzy, więc intuicyjnie odczuwa, że jej to nie dotyczy. Nie doczytała być może, że każdy obywatel ma obowiązek przestrzegania prawa RP, w tym nie korzystania z pomieszczeń służbowych SN do przyjmowania na 'dobrej kawie' nawet Premiera RP. Szybko jednak myślę Premierowi Morawieckiemu ta kawa zgorzkniała, gdy usłyszał od Sądu Apelacyjnego w Warszawie, że jest 'zainteresowany' kampanią wyborczą i ma wyliczyć liczby urojone, czyli ile mostów PO nie zbudowało. Przykro mi proszę Premiera ekonomisty, ale jak pozwoli się na jedno ustępstwo, zniesie się tysiąc upokorzeń, u Prezesa nawet kot by do takiego gabinetu nie wszedł.
Niestety pierwsza prezes urojona ma furtkę utworzoną przez Komisariaty unijne, które wypowiedzą się na temat sądownictwa w suwerennym ponoć Państwie, którym jakoby jest RP. A Komisariaty to ona rozzuchwaliła bredząc na "całkowity koszt strony niemieckiej" o pierwszym prezesie na uchodźctwie. Nie może się pani profesor prawa zdecydować, czy czuje się pierwszym prezesem, korzysta z gabinetu i popełniła zatem zdradę dyplomatyczną (art. 129 KK), czy jest prywatną sfrustrowaną panią? Nie tylko codziennemu porządkowi orzecznictwa szkodzą polskie składy sędziowskie błagające Trybunał Luksemburski o opinie czy w ogóle mogą orzekać, potwierdzają wprost, że suwerenności już nie ma. Pan Timmermans może sobie chwalić polskich deputowanych głosujących o tzw. art. 7 przeciw RP, ale w kuluarach nikt już nie traktuje poważnie Państwa, które oskarżają właśni delegaci, gdy Przewodniczącym fasadowej Rady Europy jest, polski jakoby, polityk. Polityk, którego rząd skompromitował się ostatecznie wobec bezradności po Tragedii Narodu w Smoleńsku.
Po dzisiejszym czarnym piątku mówię wprost Niepodległości już nie ma, jest polski folklor w brukselskim kondominium.
Żaden król polski nie stał na szafocie,
A więc nam Francuz powie: buntowniki. 
Żaden pług polski cudzej nie pruł ziemi,
Więc poczytani będziem jak złodzieje. 
Żaden duch polski nie zerwał z swojemi,
A więc nas uczyć będą - czym są dzieje?
pisał C. K. Norwid, czy coś jeszcze pamiętamy?
Jeżeli gdzieś suwerenność przetrwa to tu, gdzie nie zerwaliśmy ze swoimi i nikt nas nie będzie uczył czym są dzieje. Już może mniej 100-Leci, a każdy wspomni swoje lecie trzydziestoparo-, czterdziestoparo-, każdy swojej miary niepodległości.
Nie sądziłem, że jednego dnia spotkam tyle kompromitacji swojej grupy zawodowej.
Łódź Bałuty, 21. września 2018 r.

poniedziałek, 17 września 2018

Sic transit gloria mundi

Witam,
Mniej lub bardziej uroczystą niż ta frazą, każdy i to pewnie nieraz jest gotów potwierdzić, że dostrzega jak szybko i nagle przemija chwała jego świata.
Nawet nowoczesna nowoczesność woli już przymiotnik 'europejski' niż zbyt konserwatywnie szumny 'światowy'. Oba zresztą są już tak dalekie od istoty swego znaczenia, że najlepiej świadczą o zdecydowanym przeminięciu ich chwały. Zdawało się jednak na ogół, że światowy to jednak komplement, przeciwny do np. zaściankowy, choć już Wyspiański podaje w Weselu słowami Dziennikarza: niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. Właśnie, w powszechnym dyskursie pozostały już głównie: Światowy Kongres Żydów, Mistrzostwa Świata w PN i wojny światowe. Z tymi ostatnimi historiografia ma pewien problem, Pierwsza nie była światowa, i prawidłowa jest nazwa klasyczna Wielka Wojna, trzecia jest ponad siedemdziesięcioletnim political fiction. Światową była Wojna zwana Drugą, lecz nie jestem pewien kto od ręki uzasadni skąd (poza podręcznikiem oczywiście) ta nazwa. Zgodnie z obowiązującą historiozofią, wszystko co światowe rozpoczyna się w USA, choćby nie na Ich bezpośrednim terenie. Dlatego światowość 'drugiej' Wojny warunkowana jest na ogół atakiem japońskim na Pearl Harbour w grudniu 1941 r. Mało kto zaznacza w tym kontekście, że pierwsze działania pozaeuropejskie nastąpiły jesienią 1940 r. w Afryce Północnej, no ale to jeszcze obszar śródziemnomorski. 
Nie spotkałem jednak tezy, którą spostrzegam, że to właśnie dziś mija prawdziwa rocznica rozpoczęcia Wojny Światowej. 17. września 1939 r. na teren Polski toczącej wojnę z Rzeszą Niemiecką najechała Armia Czerwona, rozpoczynając napastniczą wojnę radziecko-polską. Fakt, że w zastępach bolszewickiego wojska byli i różnej maści Azjaci, ma ze światowością tyle wspólnego co Czukotka, ale światowy wymiar Wojny, wymiar trwający do dziś wtedy właśnie się rozpoczął.
Napaść radziecka sprzed 79. lat nie była zwykłą napaścią militarną, była to zbrodnia wojenna ściśle polityczna, opracowana jako zemsta za polskie zwycięstwo sprzed 19. lat, traktat w Rydze, a przede wszystkim czasową izolację komunizmu, który jak każdy nowotwór żyje przerzutami. 
Szczególnym tej wymiarem była eksterminacja polskiej ludności cywilnej właśnie z przyczyn narodowościowych, jako likwidacja 'polskich Panów' i upokorzenie polskiej tożsamości, tu zdecydowanie koncepcja holokaustu Narodu została wprowadzona w życie (a de facto śmierć) szybciej niż holokaust Żydów, tak bardziej znany, że dziś samo słowo holokaust jest utożsamiane z planową eliminacją Narodu Żydowskiego, a nie typem zbrodni przeciwko ludzkości in genere. Od 17. września, oprócz wymordowywań cywilów na zajmowanych terenach, rozpoczęła się regularna wywózka Polaków z województw wschodnich za Ural, do azjatyckiej części Związku Sowieckiego, Polaków których potomkowie do dziś w dużej części do Rzeczpospolitej nie powrócili. Właśnie z ogromnej większości Polaków tam wywiezionych gen. W. Sikorski i W. Anders utworzyli w l. 1941/42 Polskie Siły Zbrojne, które przez Persję w Azji dotarły na front zachodni, dokończając właśnie ze świata, Wojnę w Europie, z najsłynniejszym zwycięstwem na Monte Cassino.
Tak więc pojęcie światowy nie jest w żadnej mierze uniwersalne, jak wspomina anegdota z balu sylwestrowego w Paryżu z 1942 na 1943, gdy amerykański dyplomata w tańcu z atrakcyjną Polką pyta, skąd Pani pochodzi? Z kraju, w którym rozpoczęła się światowa wojna; Nie sądziłem, że mieszkanki Hawajów są tak piękne, odpowiedział Amerykanin. Na co dzień doświadczamy chwały świata, częściej tej przemijania, lecz zawsze myśląc 'świat' myślimy o tym co nas wprost dotyczy. I nie ma w tym nic złego, bo świat nie jest pojęciem geograficznym, ani politycznym, tylko skalą wagi, która przechyla się bardzo w stronę tego skarbu, który przyciąga serce. Jak bowiem wspomina Ewangelia: cóż człowiekowi z tego, aby cały świat zyskał, a na sercu swym szkodę poniósł? W takiej chwili szybko dostrzegamy, że w tym sercu mieści się świat, choćby samo na świecie nie mogło znaleźć miejsca.
Powodzenia,
Łódź Bałuty, 17. września 2018 r.

środa, 12 września 2018

Kto grozi, a dla Kogo zwyciężam

Witam,
Gdyby 335 lat  temu istniała zbiurokratyzowana 'Unia Europejska', to przypominanym dziś ekscesem u podnóży Kahlenbergu (zwanym niepoprawnie Wiktorią Wiedeńską) Król Jan III Sobieski sprowadziłby na Rzeczpospolitą jakiś ówczesny art. 7, jak Premier V. Orban dziś na Węgry. Wszakże był to akt zdecydowanej agresji antyuchodźczej, ukierunkowany na walkę z multikulturowością, zbrojny wyraz ksenofobii zaściankowego katolicyzmu przeciw religii pokoju, jaką od swego zarania po dzisiejsze ścinanie mieczem nadmiernie zeuropeizowanych pań w Rijadzie, był i jest islam. Wówczas jednak w Europie, chwilowo niepamiętnej zgwałcenia przez byka (o czym onegdaj ośmieliłem się wspomnieć), centrum intelektualno- moralne było w Rzymie, a nie Brukseli i Polska stała się symbolem normy cywilizacyjnej, gdy odległemu Cesarstwu chrześcijańskiemu, w potrzebie, jak ówczesna Austria, się pomaga w imię europejskie, a nie jak dziś,  Polsce i Węgrom, grozi-w imię unijne. Myśl postępowa i liberalna nie pozwoliła się jednak długo tłamsić miazmatom Świętego Cesarstwa i sto lat później, znacznie już bliżej Brukseli, bo w Paryżu, przedstawiła, do dziś de facto obowiązującą, linię wolności, równości i braterstwa, w kształcie jakobińskich szafotów. Równolegle ozwali się prekursorzy 'Europy dwu prędkości', regulując prędkość Polski trzema rozbiorami, które wprost dopuściła ówczesna Platforma, której liderem, na miarę D. Tuska był król Stanisław Poniatowski, również słynny z umiłowania Konstytucji, której nie koniecznie był łaskaw znać, gdyż była, jak i dziś traktowana przez swych promotorów, jako gadżet prawny dla ludu. Już wówczas reakcja polityczna upatrywała w nowoczesnych igrzyskach dla ludu początek końca w wierszyku: ja bym trzykroć złożył, by Stanisław skamieniał, a Jan III ożył. Jesteśmy o tyle bezpieczniejsi, że Jarosław żyje politycznie, a Donald i jego dwór mają duże szanse na polityczne skamienienie, stąd art. 7, jak siedem grzechów głównych wisi i grozi; ale przypominam, że przeciwnie do tych drugich, ma ten taką moc sprawczą jak chińskie ostrzeżenia czasów reżimu Czang- Kaj Szeka.
Król Sobieski był nie tylko wielkim politykiem i sprawnym dowódcą, ale dlatego, że był człowiekiem normalnym. Wiedział, w przeciwieństwie do Cezara że nie 'on zwyciężył', tylko słuszność, a słuszność pochodzi od Boga, dlatego Odsiecz podsumował veni, vidi, Deus vicit [non 'ego vici']. Napisał o tym od razu ówczesne maile do dwu Osób: Papieża Innocentego XI i swojej Żony Marii Kazimiery, zwanej przez siebie i przetrwałej tak w historii Królową Marysieńką. Realizując bardzo ważny i bliski, pewnie choć podświadomie, każdemu z nas symbol ewangeliczny gdzie skarb twój, tam serce twoje.
Warto spostrzec, do kogo napiszę pierwszy mail po osiągniętym jednoznacznym zwycięstwie?
Łódź Bałuty, 12. września 2018 r.

wtorek, 11 września 2018

Polskie Pearl Harbours

Witam,
Wszyscy dziś w Polsce zapewne wiedzą, co wydarzyło się 17 lat temu. Najpewniej wiedzą gdzie, jakie obiekty zostały zburzone w sposób batalistycznie niespotykany, w apogeum czyjego terroru, ile jest w przybliżeniu Ofiar. Najpewniej większość wie jak nazywa się sanktuarium tamtejszego gruzowiska, każda telewizja pokazała obchód Rocznicy i uruchomienie dzwonu pamięci. Najpewniej i najważniej, mało którego zdarzenia współczesnego ocena jest w Polsce tak jednorodna. W wielu miastach, Łodzi także są już ulice, czy inne miejsca upamiętniające niewinne Ofiary terrorystycznej masakry wieżowców World Trade Center w NY 11.9.2001 r. Od  TV Trwam po tvn można obejrzeć relacje z koncertu poświęconego Ofiarom i wszystkim oddanym akcji ratunkowej. Umiemy pamiętać, umiemy współczuć, umiemy aktywnie szanować. To co jednak przypominamy, obchodzimy w Polsce jest refleksem tego, co autentycznie i powszechnie przeżywane jest w USA od Florydy, przez Alaskę po Hawaje. I jest to całkowicie naturalne, sąsiedzi będą szanować tego, który sam siebie szanuje. Ewangelia nie opowiada bajek miłuj bliźniego swego najbardziej na świecie, a po prostu: miłuj bliźniego swego, jak siebie samego.
Co myśmy zrobili ze swoimi przeżyciami współczesności? Przełom miesięcy pokazał, że ani 15., ani 31. sierpnia, ani nawet 1. września nie daje już żadnych podstaw by ktokolwiek z perspektywy zza Oceanu, poza zobowiązanymi protokołem dyplomatycznym, czuł się poruszony polskim poczuciem godności. Kosmopolityczni bankruci nawet wtedy nie powstrzymali się przed wykpiwaniem Państwa i Narodu, o którego dobru marzą niemal tak, jak o fali uchodźców, 1000+ dla każdego geja+ w związku zdradzieckim, i 500- za każde życzenie aborcji, nie mówiąc o aborcji na życzenie.
Nic jednak tak nie wzbudza szacunku do Narodu jak Jego zbiorowy (a nie indywidualny) szacunek i respekt dla najcięższego dostępnego nam pamięcią zamachu na Jego suwerenność, jakim był wybuch samolotu prezydenckiego nad południową Rosją 10. kwietnia 2010 r.
Co Światu, nawet nie Polsce, Polakom mają do powiedzenia autorzy obelg o micie Smoleńskim, o 'religii' Smoleńskiej, o 'guru' Smoleńskim w Osobie Ministra Antoniego Macierewicza? Jak wyjaśnią Światu obronę demokracji jacyś świętokradzcy 'obywatele RP' demonstrujący kontrmiesięcznice dla poniżenia świętej sprawy suwerenności Państwa i Narodu? Czy przetrwa Królestwo nierządne i zginienia bliskie, gdzie pomnik Ofiar zamachu na najwyższą Władzę i Przedstawicieli Elit RP w obcej przestrzeni powietrznej jest jawnie okpiwany w ramach 'wolności słowa'? Co powie Światu, jeśli w swej spontanicznej elokwencji się wysłowi, jakiś Szpak, na usprawiedliwienie bluźnierstw o trupolewie zrobionym z papieru i śliny Macierewicza? Co odpowiedzą odwiedzającym Polskę zwykłym obcokrajowcom ci, dla których kamieniem obrazy jest nazwanie ulicy Imieniem zabitego Prezydenta? Co o sobie może powiedzieć dyplomacja, która nie była w stanie zapewnić polskim Ofiarom, Ich Rodzinom, Otoczeniu społecznemu, godziwych ekshumacji, zabezpieczenia wielkiej narodowej relikwii jaką jest roztrzaskany samolot polskiej bandery, otoczenia ponadnarodowego ground zero na Smoleńsk Siewiernyj? Wszak znów ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd... Tam nie ma dziś dzwonu pamięci, tam są dzwonki rosyjskich bramek, strzegących tajemnic ichniego śledztwa, którego nie ma.
Nie umiemy czcić tego co polskie, nie umiemy za czwartym przykazaniem czcić Ojca i Matki, nie potrafimy czcić (a nie schlebiać) bliskim, sąsiadującym, nie za, wszak 'i poganie tak czynią', ale ponad, ponad lęk, ponad podejrzliwość, ponad portfel, zasób kontaktów w smartfonach. Nie umiemy, bo do tego przywykliśmy, bo nowoczesność wmówiła i wpoiła, pod pozorem europeizmu, demokratyzmu i tolerancjonizmu wstręt do polskości, do normalności, do wierności Opatrzności i Słowu, do znoszenia trudu i wymagania tam gdzie już, jak pouczał św. Jan Paweł II, nie wymagają.
Amerykanie podkreślali  dziś, że 11. września 2001 r. spotkał Ich cios porównywalny wyłącznie z Pearl Harbour, owszem w Państwie, które biorąc udział w każdej wojnie XX i XXI wieku nigdy nie zaznało takiej na swoim terytorium jest to czytelne. My pewnie zbyt wiele mamy swych Pearl Harbours, by nawet akt wojny w czasie nominalnego pokoju, jakim był Zamach Smoleński, wywołał wstrząs większy niż wahania cen paliw. W zbyt wielu miejscach, nie tylko na Monte Cassino i nie tylko maki zamiast rosy piły Polską krew...
Za naszą i waszą wolność,
Łódź Bałuty, 11. września 2018 r.

sobota, 1 września 2018

Wielu snem śmierci upadli, co się wczoraj spać pokładli...

Witam,
Największa wojna dziejów, jedyna dosłownie światowa- de facto trwająca do dziś, szczególnie na południowo-zachodnim pograniczu Rosji i w Państwie Izrael, jawną agresją rozpoczęła się 79 lat temu w Polsce. Choć o Westerplatte, pancerniku Schlezwig-Holstein i majorze H. Sucharskim wiedzą wszyscy, o wcześniejszym o kilkanaście minut zbombardowaniu Wielunia powszechniej (a i to nie na miarę rangi Wydarzenia) zaczęto mówić i pisać dopiero kilkanaście lat temu.
Cała wojna i to każda w dziejach jest ciągiem zbrodni, lecz zbrodnia wieluńska ma pewien szczególny rys dla całej wojny światowej. Wojnę Rzesza Niemiecka rozpoczęła nie od działań zbrojnych, lecz od zbombardowania bezbronnego, absurdalnie wybranego jako 'poligon próbny' miasteczka. Nie chodzi tu o rozbieżne kalkulacje Ofiar, czy było Ich kilkaset, czy trzy tysiące, w tej statystyce wymordowań specjalizował się Stalin, nie chodzi nawet o wzruszanie zbombardowaniem szpitala, czy synagogi. Każdy niewinny człowiek ginie czy dogorywa sam i tej tragedii nie kwalifikuje się ilością zwłok sąsiadujących.
Wieluń jest (a przynajmniej powinien być tak odbierany) jako symbol tej wojny na miarę Hiroszimy i Nagasaki, których nuklearna eksterminacja była ostatnim aktem zbrojnym w toku działań globalnych. Właśnie ten szczególny wymiar czyni z Wojny Światowej- wojnę uniwersalną, rozpoczętą morderczą demonstracją siły wobec najzwyklejszej ludności cywilnej w Polsce, a zakończoną apokaliptyczną zemstą na takiej samej ludności w Japonii. Jest ewidentnym znamieniem tej wojny, znamiennym bardziej niż wszystkie inne, ostrzegającym do dziś przed konfliktem globalnym, że bardziej niż z państwami, była to wojna z ludnością. Były oczywiście wielkie kampanie militarne, szczególnie na froncie wschodnim, brytyjska, śródziemnomorska, oceaniczna, ale najkrwawsze kampanie trwały cały czas wobec armii nieuzbrojonych.
Po wszystkich stronach starto nalotami z powierzchni całe niemal miasta, których większość mieszkańców nie rozumiała nawet istoty konfliktu, pierwszy i de facto ostatni raz zastosowano balistykę jądrową, która dwoma pociskami bombowymi wymordowała kilkaset tysięcy Ludzi bez wyganiania Ich z domów. Istotniejszym celem wojennym niż ujarzmienie państw była fizyczna eliminacja narodów, ludzka i cywilizacyjna, szczególnie Żydów, Słowian z Polakami co do zasady. Gazy bojowe tej i poprzedniej wojny nie wymordowały na frontach nawet 1% ludności wymordowanej gazami toksycznymi w przemysłowych obozach śmierci. Rozbrojeni jeńcy wojenni stawali się ważniejszym wrogiem osobowym od uzbrojonej armii. Właśnie nienawiść międzyludzka, a nie międzyimperialna pozostawiła terror zwycięzców, jako spadek po terrorze zwyciężonych. To najzwyklejsza, niezainteresowana 'równowagą globalną' ludność cywilna stała się na dziesięciolecia ponoszącym najcięższe odium wyścigu zbrojeń i trwającego do dziś rozbrojenia przez dozbrojenie.
Widząc relacje z wojen, 'konfliktów zbrojnych', słysząc czy czytając o 'stratach w ludziach i sprzęcie', 'masowych ludobójstwach', 'znalezieniu się na linii ognia', warto poczuć się przez chwilę w tamtejszym Wieluniu, gdy każdy z zabitych, uprzedniego wieczora spokojnie, na swą miarę, kładł się spać i o wojnie słyszał tyle, że kiedyś była. Warto uświadomić sobie, że broń palna i każda inna tak naprawdę służy po prostu do zabijania i to nie 'mas agresora', a konkretnego człowieka, w którego zostaje wymierzona, ze mną na czele. Warto przypomnieć sobie, że miarą słabości tego świata jest kwalifikowanie rangi państw ich możnością śmiercionośną.
Wojna rozpoczyna się na mapach, a kończy w naszych otrzewnych.
Łódź Bałuty, 1. września 2018 r. 

piątek, 31 sierpnia 2018

[Nie] tak jest, jak się Państwu zdaje (za L. Pirandello)

Witam,
Być może, aby wzmóc szok 'nadziei Narodu' tym, że początek roku szkolnego nieuchronnie kojarzy się z Rocznicą wybuchu największej wojny dziejów, ostatni dzień wakacji ustanowiono Dniem Solidarności i Wolności. Przykro mi, ale śmiem przypuszczać, że jest to dziś główna asocjacja. Błogie słownictwo bowiem na ogół kryje brak treści. Dzień Solidarności i Wolności ma brzmieć pięknie, ale nie ma piękna bez zupełności, a bez treściwego substratu, choćby wyglądało pięknie, nie będzie to piękno prawdziwe.
Świecki kalendarz liturgiczny ugina się od świąt nie wiadomo czego, od dnia wolności podatkowej, której nie ma i dnia bez stanika począwszy. Co to bowiem za wolność i solidarność, którą obchodzi się w dniu, chyba że obchodzi się z daleka, którą się upamiętnia, a zatem jeśli była, to i tak nie ma.
Najbardziej zdominowany przez 'postkomunę' i 'koncesjonowaną' opozycję Sejm IV kadencji, odchodząc już do krótkotrwałych wspomnień, uchwalił 25. lipca 2005 r., a Prez. Kwaśniewski podpisał, niby na cześć podpisanych 31. sierpnia 1980 r. w Gdańsku porozumień w sprawie organizacji związków zawodowych, pod kierownictwem PZPR notabene. Podpisanych przez Mieczysława Jagielskiego-trzeciorzędnego funkcjonariusza aparatu i Lecha Wałęsę, któremu 'pokonanie płotu' ułatwiła motorówka MON-u, z niemym udziałem św. Jana Pawła II, na odpustowym, ogromnym długopisie tegoż Wałęsy, który przy długopisie mniejszym mógł odruchowo podpisać 'Bolek'. Jaki ex-prezydent podpisał porozumienia, taki 25 lat później obchody.
Ostatnia rzecz do której wówczas doszło to przeformatowanie realiów społecznych w jakiekolwiek przymioty wolności i solidarności. Była to uwertura do ostatecznej solidarności tych, tych którzy już nie mogą z tymi, którym już wolno, przy okrągłym stole- 9 lat później. Wtedy z pewnością, na tle choćby tragedii gdańskiego Grudnia 1970 r., pewne nadzieje się rodziły, dopuszczono oficjalne funkcjonowanie w monopartyjnym systemie alternatywnej formacji politycznej, zorganizowanej jako NSZZ Solidarność, przez pewien czas pozwolono mówić na głos o katastrofie ekonomicznej PRL i braku perspektywy, ale w ostatnim rzędzie o wolności i solidarności (jako fenomenie, nie tytule), bo 'pierwsza linia' zwyczajnie nie była tym zainteresowana. Kształt tej solidarności widać do dziś, gdy już nawet nie-niebezpieczny, a kabaretowy sukcesor Wojciecha Jaruzelskiego, Lech Wałęsa myli KOR z KOD i pod płotem Stoczni, już bez motorówki, plecie o Konstytucji, tj. Ustawie, kreatywne stosowanie której, z pomocą konstytucjonalistów na miarę Wachowskiego, Falandysza, czy Pusza, utrwalił w historii 'lewym czerwcowym', 'podwójnym veto', 'swoimi członkami' i ogromem dorobku ustrojotwórczego. Obchody oficjalne powróciły do istoty rzeczy, czyli kwestii ekonomicznych-ważnych, jak odtworzenie państwowego przemysłu stoczniowego i gospodarki morskiej, czy jedynego wielkiego sukcesu NSZZ Solidarność, tj. zakazu prac niekoniecznych w niedziele.
We wspomnieniach 31. sierpnia 1980 r. niknie jednak bardzo ważna Postać, prawdziwego Bohatera, przesłoniętego dinozaurem Wałęsy, tj. Anny Walentynowicz, wspominanej jako Anna Solidarności. Mało kto wie dziś, że strajk sierpniowy w Stoczni, rozpoczął się nie inaczej niż zwykłym żądaniem przywrócenia Jej do pracy, jako suwnicowej. Naprawdę do głębi skonfliktowanej z komuną, a nie jak pan Wałęsa, który niczym granatowy policjant za wojny, nie był w ruchu oporu, bo u nich nie było wolno. 
Pani Anna przez całe życie dotknięta była tragediami osobistymi, zniewagami, poniżeniem zawodowym, ale przez to że całe życie mówiła prawdę, zachowała do samej, więcej niż tragicznej śmierci, Piękno, nie hasłowe, a to którego nawet sowieckie ekshumacje nie potrafiły unicestwić. Świadczyła prawdę do tego stopnia, że kiedy UB licencjonowało rekreację Wałęsy w ośrodku internowania, Ją zwyczajnie próbowano otruć. Do tego stopnia była pewna prawdy, że 10 lat przed 'upamiętnieniem' solidarności i wolności, już 25. września 1995 r. zadała Lechowi Wałęsie 16 otwartych pytań, gotowa odpowiedzieć za tych sugestywność przed sądem- nigdy na te nie odpowiedział, ani nigdy nie podważył tych zasadności.
Choć nigdy nie pogodziła się z układem 'posierpniowym', 'okrągłostołowym', była jedną z nielicznych osób opozycji niepodległościowej do końca powszechnie szanowaną, nie przez tytuły, funkcje, powiązania, zginęła jako skromna emerytka, a przez Piękno Prawdy, której nigdy nie odpuściła, bo prawda daje odwagę, a odwaga pewność siebie. Szczęśliwie postawa ta, nawet kosztem poniżenia, bywa jeszcze praktykowana.
Nad Panią Anną nie zwyciężono indywidualnie. Zginęła w największym zamachu na Rzeczpospolitą od 1946 r., na lotnisku Siewiernyj koło Smoleńska 10. kwietnia 2010 r. Nawet po tej Tragedii Jej szczątki były jednymi z najdotkliwiej zbezczeszczonych w tranzycie do Polski pod auspicjami D. Tuska i E. Kopacz.
Jeżeli jakaś data miałaby symbolizować dla Polski solidarność i wolność to właśnie 10. kwietnia 2010 r., gdy w obawie przed prawdziwą wolnością Polski dopuszczono się zgładzenia w pełni solidarnego polskiej Elity. I jeśli ktoś jest ikoną polskiej Wolności i Solidarności, to właśnie Pani Anna, a nie żaden 'Lechu-Bolek'.
Cześć Jej pamięci!
Łódź Bałuty, 31. sierpnia 2018 r. 

środa, 15 sierpnia 2018

Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz Cudu. Miej serce i patrzaj w serce (za A. Mickiewiczem)

Witam,
Dzisiejsza Uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej jest Świętem Wojska Polskiego i dziękczynieniem za pierwsze plony. Kontrast? Nie. Matka żywi plonami, broni zbrojnym ramieniem i daje przekonanie, że nie do grobowej deski jesteśmy zaproszeni. Ma to na pewno symboliczny wymiar w tym, że w ołtarzu głównym katedry polowej WP znajduje się ogromna figura- nie rycerza, nie króla, a Kobiety- Matki Boskiej, której ochrona (nigdy napaść), gdy trzeba, przybierze każdy wymiar, także orężny. Taki był ten wymiar w, ludzkim rachunkiem beznadziejnej, chwili Bitwy między Ossowem a Warszawą równe 98 lat temu, gdy godziny zdecydowały, że dziś jesteśmy w Łodzi, a nie 'Kołchozodzi'. Tyle, że czy godziny? Czy zegarek, w końcu maszynka, może o czymś decydować? Odpowiedź jest podobna jak na pytanie czy pierwszy pokarm człowieka jest z Humany czy piersi Matki?
W 19 lat od Cudu nad Wisłą zbudowano nowe Państwo z trzech krain. Państwo, które pokonał dopiero obustronny atak w 1939 roku. Czego dziś jesteśmy świadkami? Skandalu prezydenta Adamowicza, który ostatecznie robi łaskę 'zapraszając' Wojsko Polskie na obchody 79. rocznicy napaści na Westerplatte, zapominając, że to on został niegdyś zaproszony tam, gdzie podówczas był niemiecki protektorat Frei Stadt Danzig. 'Zaprasza' Wojsko Polskie tam, gdzie podjęło obronę Państwa, jako siły zbrojne RP, a nie gdańska straż miejska obrony Długiego Targu. Na parę godzin przed doroczną defiladą Sił Zbrojnych pan Mroczek, za D. Tuska wiceminister Obrony, ma czelność wykłócać się w wywiadzie dla tvp info, które z pojazdów i statków wojskowych 'on kupił' i które wozy na defiladzie będą 'pisowskie', a które z 'za platformy', to już nawet nie podlega kwalifikacji prawnej, to jest chamstwo z użerania się lumpa na skwerze, ile puszek zebrał żeby dorzucić do wina.
Nowe Państwo zbudowano wiek temu dlatego, że był jeden Naród, nie tylko genetycznie, lecz także emocjonalnie,  że od Paderewskiego w USA, po Piłsudskiego w Tokio tożsamość tego Narodu w nieistniejącym Państwie demonstrowano- i świat, który nie wiedział nawet gdzie to jest (w Polsce, czyli nigdzie pisał dopiero co A. Jarry), od cesarza Japonii po Prezydenta Wilsona tożsamość tę respektował. Dziś w istniejącym, tożsamym i silnym Państwie w centrum Europy czytam, obrzydliwą nie słowem, a satysfakcją zdrady, zniewagę: Polska to jest dziwny kraj dziwnych ludzi... Piszę to z odwagą szaleńca, bo dzięki Izraelczykom i Amerykanom nie ma już na mnie paragrafu. O naszym narodzie można już pisać wszystko! (H. Martenka); niechby choć zamiast eufemizmów etnograficznych napisał wprost: 'dzięki Żydom w Ich państewku terytorialnym i imperium ekonomicznym'. Dziś polscy, pojedynczy, ale jednak, sędziowie polskiego Sądu Najwyższego, błagają międzynarodówkę o zawieszenie polskiego prawa, dla ochrony resztek okrągłostołowego Poczdamu.
W sto lat po dymisji Rady Regencyjnej potrzeba nowego Cudu nad Wisłą, ale i Łódką (bo już nie o punktowe miejsce tu chodzi), już nie wobec swołoczy Tuchaczewskiego, lecz trudniej- wobec arbitri gejowskiej elegantiarum, którzy także przez Polskę próbują przeprowadzić rewolucję ogólnoświatową, już nie na przewidywalnych bagnetach, a na nieprzewidywalnych bitcoinach.
Podkreślić jednak trzeba, że nie Uroczystość Wniebowzięcia, bo Cud nad Wisłą, tylko Cud nad Wisłą, bo Uroczystość Wniebowzięcia. Ojciec Święty Pius XII w dokumencie Munificentissimus Deus z 1950 r. uzasadnił dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej szeroko, lecz nie można ukrywać, językiem trudnym. Królewna nie mając, w przeciwieństwie do Papieża, obowiązku niczego definiować, przedstawia istotne prawdy jednym zdaniem. Np. Święta Anna jest Babcią Pana Jezusa. Mimo oczywistości nigdy na to nie wpadłem, i przez Królewnę, już nie wpadnę, prędzej, że Mojżesz był przybranym wnukiem faraona (co też jest prawdą).
Powodzenia, Łódź Bałuty, 15. sierpnia 2018 r.

niedziela, 4 marca 2018

Człowiek ma swoją wartość

Witam,
Od zarania jedną z ulubionych 'parterowych' ocen ekonomicznych jest, że 'wszystko drożeje'. Także dziś, mimo spadku inflacji poniżej zera i wzrostu wynagrodzeń. Także za komuny, gdy drożała szynka, ale za to taniały śruby okrętowe (nb bardziej dostępne). zadaje się jednak, że generalnie tanieje człowiek.
Około trzy tysiące lat temu, jak czytane było w piątek, bracia sprzedali Józefa wędrownym kupcom w niewolę za 20 sztuk srebra, uznawszy pewnie, że jest to po prostu bardziej opłacalne, niż czcza zemsta, choć Autor biblijny stara się przedstawić ich postawę nieco wznioślej. Około 1700 lat później, w innych okolicznościach, srebro odegrało o niebo (raczej o piekło) istotniejszą rolę w dziejach opisanych w Piśmie Świętym. Otóż, znacznie powszechniej znany Juda z Kariotu wydał Jezusa kierownictwu 'samorządu jerozolimskiego' za 30 srebrników. Niewolnictwo co prawda w społeczności żydowskiej nie było praktykowane, ale w relacji ad extram, jak u synów Jakuba, dopuszczalne,tak samo jak płatna konfidencja, stara jak wszelka władza.Tak czy inaczej człowiek miał swoją wartość- sztuka srebra, jak duża by nie była, to w podróży przez obce krainy był ogromny walor wymienny, za 30 srebrników można było, jak czytamy, kupić pole pod cmentarz.
Bardziej już nowożytna historia jest wciąż historią handlu ludźmi. Tak jak często podkreślam w różnych kontekstach- historia ludzkości jest historiografią rodzajową najcięższych niegodziwości, owszem także postaw i zachowań znamionowanych dobrem, wręcz heroicznym, ale zauważmy, że incydentalnie, o dobru czytamy, słyszymy, dostrzegamy głównie jako ewenemencie w ogólnym tle 'łez padołu'-ale o tym pewnie kiedy indziej.
Tak czy inaczej, we współczesności człowiek nadal ma ogromną wagę wartości- na rynku pracy, w szkolnictwie, handlu i reklamie etc. Doszło jednak bardzo ważne forum wartościujące człowieka jako materiał, to rynek pozbycia się ludzi- już nie jako towaru, nawet nie surowca wtórnego (choć o 'prefabrykacie' będzie mowa), a jako masie do utylizacji.
Przez setki lat wojny toczone były o obszary wpływu, o bogactwa natury i kultury, a ludzie ginęli, setkami tysięcy, jako 'wióry co lecą'. W zasadzie dopiero XX. wiek przyniósł masowe zjawisko wojen (także domowych) eksterminacyjnych, o likwidację całych narodów (czyli holokausty), czy rewolucji- nie politycznych, ale socjalnych, o likwidację całych grup społecznych. Te zbrodnie pochłaniają gigantyczne środki finansowe, koszt wojen i rewolucji eksterminacyjnych pokryłby wszelkie niedobory utrzymania dobrostanu ludzkości świata, choć tu zdania badaczy mechanizmu dziejów są różne, głównie z uwzględnienia konieczności selekcyjnej. Te zbrodnie jednak ukierunkowane są na eliminację rzesz ludzkości z uwagi na tychże, obłędnie wykonstruowaną winę- dokonaną w ocenie zbrodniarzy, lub potencjalną. Eksterminacja dokonywana jest 'za coś'.
Dopiero II połowa XX. wieku przyniosła kwalifikacyjnie nową, przerażająca dosłownością swej apokaliptyczności, kategorię. Eksterminację bez 'winy', z racji na fakt zaistnienia. Tą gdzie zbiorowy eksterminator jest inspiratorem, lecz nie ponosi żadnego kosztu, 'umywając ręce' zbiera ogromny plon finansowy od potencjalnego, a najczęściej faktycznego sprawcy. Tu gdzie człowiek ma coraz większą wartość, nie dla nabycia, nie dla rozporządzenia, a dla anihilacji. Izmaelici z Księgi Rodzaju, arcykapłani z Jerozolimy, osadnicy w koloniach Ameryki Północnej, totalitaryści reżimów i wojen współczesnych, gotowi byli i są zapłacić ogromne sumy za bezwzględną władzę nad człowiekiem, narodami, w sposób dziki. Dziś rodziny gotowe są zapłacić wielkie nieraz pieniądze za zbyt swego najbliższego- oddanie starca we współczesną niewolę przytułku, eksterminację potomka w tzw. aborcji. Piszę świadomie rodziny, nie kobiety. Po pożyczkę na spędzenie dziecka, a doświadczyłem takich przypadków, nie przyszła do mnie nigdy żadna dziewczyna, a ojciec lub dziadkowie. Peany o wolności aborcyjnej słyszałem głównie od planowo bezdzietnych kandydatek na feministki lub kandydatów na 'gejów'.
Chirurgiczne lub chemiczne zabicie człowieka rozwijającego się w wieku prenatalnym to, na ogół  kilkutysięczny, wydatek Jego przodków, nie po to by z Niego skorzystać, lecz by mieć Go poza sobą- tylko fizycznie, w świadomości, poczuciu odpowiedzialności pozostaje zawsze, a zaręczyć śmiem, im intensywniej jest to zaprzeczane, tym wiem, że silniej tkwi.
Niewolnik w Rzymie zwany był instrumentum vocale- 'mówiące narzędzie', ale jednak narzędzie, jednak mówiące; człowiek dorastający przed narodzeniem miał status nascituri, człowieka o ograniczonej zdolności prawnej (nawet człowieka ewentualnego- data poczęcia niemal zawsze jest niewyliczalna). Dziś niewolników oficjalnie w naszej 'humanistycznej'(?!) cywilizacji nie ma, są natomiast niechciane części kobiecego ciała, "zlepki komórek", 'wyrośla' nowotworowe, zdatne do resekcji do pewnej granicy 'bezpieczeństwa operacyjnego'- jak w każdym nowotworze, z dnia na dzień drożej i bardziej ryzykownie. Człowiek jako onus invocale też ma coraz większą wartość.
Cóż, jednak pozdrawiam, Łódź Bałuty, 4. marca 2018 r.